Jak ograniczyć produkcję
pojęć Pojęć jest za dużo. Jest ich tak za dużo, jak za dużo jest ubrań. Za dużo jest mnóstwo innych rzeczy, tak wiele innych rzeczy jest za dużo, iż uzasadnione jest stwierdzenie, że za dużo jest tego za dużo. Ubrania wcale nie są lepszym przykładem niż wiele innych przykładów, choć wydaje się, że są. Wydaje się tak, ponieważ ubrania łatwo się wyrzuca. Na przykład na najsuchszą pustynię świata, gdzie nie ma nikogo, kto mógłby z tych wyrzuconych nowych ubrań skorzystać – nikt się w nie nie wystroi, nie owinie nimi, nie zrobi z nich przytulnego gniazda, nie wyścieli nory. Tak się wydaje, ale to tylko kwestia czasu. Kwestią czasu jest to, kiedy zaczną się tam pojawiać istoty w poszukiwaniu tak łatwego łupu i nie przeszkodzą im w tym procederze najsurowsze, najskrajniejsze warunki. Kwestią czasu jest też i to, kiedy pustynia zniknie przywalona skłębionymi ubraniami. Pustynia ziemna, piaszczysto-skalisto-kamienista, zamieni się w pustynię tekstylną. Ubrania są dobrym przykładem, ponieważ kiedy magazyn się wypełnia po dach tym co właśnie wyszło z mody, a potrzebne jest miejsce na to co właśnie weszło w modę, to co wyszło po prostu wychodzi i już, a to co weszło wchodzi i tyle. Łatwo uznać to za metaforę przepełnionej głowy. Ot, wystarczy wyrzucić część pojęć i już. Nie już. Żadne już. Bo gdzie wyrzucić te zbędne pojęcia? Na jaką pustynię? To już lepiej je zakopać. W ziemi całkowicie jałowej, a nawet śmiertelnie skażonej, żeby w niej sczezły całkowicie, żeby nic z nich nie wyrosło, że nic nie powstało z drobin, nitek i skrawków na jakie się rozpadną. Ta metafora nie do końca jest trafna. Jest efektowna tylko na początku. Jest nawet bardziej efekciarska niż efektowna. Oto bowiem w głowie mieści się zadziwiająco dużo. Niewiarygodnie dużo. Lecz mimo tych czarodziejskich, bajkowych zdolności do rozciągania się we wszystkie strony nie zmieniając wszak ani o krztynę swojej objętości, nie rozciągając żadnego ze swoich wymiarów, głowa niekiedy czuje się przepełniona. Coś nas uwiera pod czaszką. Czujemy, że głowa staje się za ciężka, że noszenie jej to za duży wysiłek, że zbytnio upodobniła się do worka ziemniaków, a powinna bardziej przypominać balon swobodnie dryfujący przez gęste, ponoć śmierdzące powietrze. Nie chodzi więc o to, by głowę odpowietrzyć, lecz o to, by ją napompować. Zanim jednak podejmiemy jakiekolwiek czynności, ustalmy, że pojęcie nie jest tożsame ze słowem. Pojęcie nie jest też tożsame z obrazem. Ani z dźwiękiem. Ani z zapachem. Ani z dotykiem. Słowo, zarówno w swej postaci fonicznej jak i graficznej, obraz, obojętnie czy realistyczny czy abstrakcyjny, dźwięk, zapach, wrażenie dotykowe to tylko rozmaite ubrania w jakie stroi się pojęcie – one same nie są pojęciami, jak ubranie nie jest tym, kto je nosi. Pamiętajmy zatem, że wyrzucając słowa, obrazy, dźwięki czy zapachy niekoniecznie wyrzucamy pojęcia. Jeśli tak się zdarzy, że razem ze słowem, obrazem czy dźwiękiem wyrzucimy też pojęcie jakie się za nimi kryje, to dobrze, to lepiej, niż gdybyśmy wyrzucili same słowa, obrazy i dźwięki. Zdarza się też i tak, aczkolwiek rzadziej (znacznie czy tylko trochę?), że uda nam się wyrzucić pojęcie, a zostaną słowa, obrazy, dźwięki. Czy to w ogóle możliwe? Czy rzeczywiście tak się zdarza? Mielibyśmy wtedy do czynienia z pustymi słowami, z pustymi obrazami, z pustymi dźwiękami… Z pojęciami jak z włosami. Można dzielić włos na czworo. Można zaplatać warkocze albo sfilcować je w dredy. Można wyłysieć. Można zakładać perukę albo czesać się na pożyczkę. Należałoby też rozstrzygnąć problem bardzo istotny: czy pojęcia są z natury proste, czy też złożone, a może są i takie i takie. Jeśli pojęcia są z natury proste, to nie pozostaje nic innego jak je wyrzucać, unicestwiać, nie pozwalać by się mnożyły, by powstawały nowe. Jeśli pojęcia są złożone, to występują wśród nich pojęcia podstawowe i pojęcia dodatkowe, pojęcia główne i poboczne, pojęcia ważne i nieważne, konieczne i zbędne. I tak dalej. Wtedy należałoby odnaleźć te podstawowe, te z których tworzone są pojęcia złożone, i trzymać tylko te, a tamtych nie trzymać. Przyjrzyjmy się kilku przykładom. Przykład teologiczny (boski): Szukamy pojęć ważniejszych od innych pojęć. Podział na pojęcia proste i złożone jest nieistotny. Jakikolwiek podział pojęć jest nieistotny. Wśród pojęć ważniejszych szukamy pojęć jeszcze ważniejszych. To oczywiste, że od początku szukamy pojęcia najważniejszego i od początku wiadomo, że tym pojęciem jest to, które skrywa się za słowem bóg. Jeśli pojawiają się jakieś wahania i wątpliwości, to dotyczną one świętych i proroków, a także boskiej rodziny, krewnych, pociotków i powinowatych BOGA, niemniej i tak na placu zostaje tylko on (jeśli to on a nie ona albo ono). Skoro jest to pojęcie najważniejsze, skoro jest nad wszystkimi innymi pojęciami, czyli jest nadpojęciem, skoro jest też pod i obok wszystkich pojęć, więc je sobą obejmuje i w sobie zawiera, to jest ono zupełnie wystarczające. Jest wystarczające w sposób absolutny, więc nie potrzebuje żadnych reprezentacji, żadnych przedstawień, tym bardziej, że one mogą je zamazać, zniekształcić, wypaczyć, mogą i to robią, a jeśli ich nie potrzebuje, to należy je czym prędzej usunąć. Tak oto ten gigantyczny zbiór niczego nie pojmujących pojęć zastępujemy jednym wszystko pojmującym, wszystko tłumaczącym. Głowa robi się pusta. Jak balon. Lekka. Tak lekka, że unosi nas ku nieskończoności nieba. I dobrze. Oby tam zostali ci, którzy za tym przykładem pójdą. Trochę się tu w dole na ziemi rozluźni. To jest przykład ekstremalny. Wcale nie dziwny i nie zaskakujący. To jest przykład skrajnej łatwizny. Pojęcie, które tłumaczy wszystko, nie tłumaczy nic, zgodnie z ekstremalnym równaniem WSZYSTKO = NIC a NIC = WSZYSTKO. Dodać też należy, że głowa wypełniona jednym pojęciem, to głowa nie pusta, lecz spustoszona, a głowy spustoszone pustoszą świat. Przykład lingwistyczny (kurewski): Albo raczej lingwistyczno-teologiczny, bo przecież diabelski. Tak jak poprzedni przykład dałoby się też określić od biedy mianem adoracyjnego, to ten dałoby się określić, od bogactwa, mianem przekleńczego (bo nie przeklętego). Ten przykład, podobnie jak tamten, oparty jest na zasadzie redukcji. O ile w tamtym redukcji ulega wszystko, to w tym redukcji ulega przede wszystkim język. Jest to jednak redukcja szczególna, w której ekspresja wypowiedzi odgrywa rolę niezwykle istotną, kluczową. Ona to bowiem sprawia, że kilkoma słowami da się wyrazić wszystko, przynajmniej tak się wydaje tym, którzy tę redukcję praktykują, o ile cokolwiek im się wydaje – ta redukcja dotyczy także, a może przede wszystkim, redukcji refleksji, w czym też jest podobna do przykładu poprzedniego, który usilnie będzie twierdził, że tu wręcz przeciwnie, refleksja osiągnęła takie szczyty, że aż zniknęła z pola widzenia i słyszenia... I wszystko fajnie, lecz jakże tu, kurwa, pisać wiersze? A po co, kurwa, wiersze? Po co, kurwa, w ogóle pisać? Przykład audiowizualny: Podobno każdy rysunek to kombinacja kropek i kresek. Tak jak każda muzyka to kombinacja dźwięków i pauz. Czego kombinacją jest ten tekst? Co jest kropką i kreską, ciszą i dźwiękiem w tekście, w mowie, w myśleniu? Lecz co z tego? Bo nawet gdyby tak było, nawet jeśli tak jest, to co zrobić z tymi pękającymi w szwach bibliotekami, filmotekami, taśmotekami? z tymi rosnącymi jak na drożdżach serwerami i coraz bardziej zatrważającą plątaniną kabli widzialnych i niewidzialnych? Z pojęciami jak z ludźmi: kilka miliardów ludzi i biliony ubrań. A przecież wystarczyłoby, żebyśmy nie utracili sierści. Antyprzykład trychologiczny: Metaforycznie rzecz ujmując lepsze jest łysienie niż dzielenie włosa na czworo. Tymczasem łysienie jest uważane za przykrą konieczność, za nieuniknioną fatalność, podczas gdy dzielenie włosa na czworo, choć uważane często za niepotrzebne, to jednak spotyka się z uznaniem. To jednak sztuka tak rozszczepić włos. I dlatego współczesna dysertacja o poetyce jest z reguły mało poetycznym bełkotem, którego nie pojmuje nawet sam jego autor, podczas gdy Arystoteles pisał o niej z wdziękiem i lekkością nie mnożąc pojęć, by potem unosiły się nad głową czytającego niczym chmura brzęczących much. Jaki z tego wniosek? Pisać, kurwa, prosto, zwięźle i pięknie. Znowu, kurwa, nie odpowiedziałem na pytanie. To po co, kurwa, było pytać? <<< |