Kiedy z początkiem zimy jechałem pociągiem i czytałem haiku napisane przez Krzysztofa Żarnotala w ciągu ostatnich trzech dekad, a przysłane mi nagle i niespodziewanie po kilkunastu latach niewidzenia się i nierozmawiania, których jakby nie było, od razu zobaczyłem łąkę, naszą łąkę wąską i ciągnącą się zieloną smugą od ogrodu aż do lasu przy rzece, i wyrastające na niej patyki-badyle, a na nich kwiaty słów. Tak miało być, ale tak nie było. Między innymi dlatego, że nigdy nie jest tak jak miało być – zawsze jest tak, jak jest i nie inaczej, bo inaczej być nie może. Tym razem zmógł nas upał jakiego nigdy przedtem tu nie doświadczyliśmy. Dlatego łąka haiku musiała, niestety, zamienić się w ogród haiku i tylko kilka ostatnich wierszy wychynęło nieśmiało na rozpaloną łąkę i to tam, gdzie sięgał popołudniowy cień od kilku drzew osłaniających winnicę od zachodu.

Dlatego zaczęliśmy od muzyki: Teresa Nowak, Tadeusz Sudnik, Darek Makaruk i ja. A kiedy nasze dźwiękowe haiku zamarły w niechętnym świergocie otępiałych ptaków i dusznej, zielonej ciszy, wyruszyliśmy przeczytać co było do przeczytania. Przeczytaliśmy. Potem rozmawialiśmy. O tym i nie tylko o tym
o tamtym także. Aż okrutne słońce zgasło i zrobiło się jakby chłodniej, choć wiadomo, że to tylko nam się tak wydawało.