ZWODNIK PO LIBERLANDII

tekst napisany w maju 2010 z okazji festiwalu Ha!wangarda w Krakowie, na którym była prezentowana Liberlandia i we fragmentach opublikowany w festiwalowym numerze Ha!artu

Kiedy wybieramy się do nowego kraju – czyli takiego, który jest nowy dla nas, albowiem nigdy w nim nie byliśmy, lub jest nowy w ogóle, bo dopiero co się pojawił i mało kto mało co o nim wie – wtedy kupujemy przewodnik licząc na to, że przy jego pomocy poznamy ów kraj zanim się w nim pojawimy i nie zgubimy się w nim, kiedy już się w nim pojawimy. Nadzieja owa jest jednak złudna, gdyż taki przewodnik, nawet przy najlepszych i najszczerszych, a co dopiero przy trochę gorszych i nieszczerych, chęciach nie jest w stanie opisać wszystkiego. Musiałby być, jak owa borghesowska mapa, niejako w skali 1:1, czyli musiałby być tym, co opisuje.

Oczywiście, nie wszyscy kupują przewodniki przed udaniem się do jakiegoś kraju. Niektórzy wolą czytać różne rzeczy mniej lub bardziej luźno związane z owym krajem, z jego kulturą, historią i geografią, lub też z kulturą, historią i geografią kręgu kulturowego do jakiego ów kraj należy, lub nam się wydaje, że należy. Inni zaś niczego nie czytają: bo w ogóle ich to nie interesuje do jakiego kraju jadą i jest im zupełnie obojętne co tam zastaną, albo robią to z premedytacją, by zaskoczenie było prawdziwym zaskoczeniem.

Ponieważ Liberlandia jest tym, co opisuje (czyli jest takim właśnie przewodnikiem w skali 1:1 - sama w sobie jest przewodnikiem po samej sobie), pisanie przewodnika po przewodniku wydaje się być zajęciem wielce niewdzięcznym i niewiele sensu mającym. Znacznie wdzięczniejsze i sensowniejsze jest natomiast pisanie zwodnika.

Najpierw musimy dowiedzieć się, gdzie leży owa Liberlandia i jak się do niej dostać. Podaję zatem adres: www.liberlandia.net

Ten adres należy wpisać w dowolną przeglądarkę internetową, nacisnąć enter i już. Jeśli komputer, którego używamy, jak i połączenie z Internetam nie są nasze, wówczas wycieczka do Liberlandii nie kosztuje nas nic, oczywiście poza straconym czasem, zawsze jednak można pocieszyć się myślą, że można go było stracić jeszcze więcej i w jeszcze głupszy sposób. Jeśli zaś komputer i łącze są nasze, to niestety jakieś koszty ponosimy, ale i tak jest to wycieczka nieporównanie tańsza, choć nieporównanie mniej atrakcyjna niż wyjazd na Seszele.

Teraz trochę wiadomości bardzo ogólnych i bardzo szczegółowych zarazem.

Liberlandia jest państwem o ustroju hipertekstowym. Jest krainą o hipertekstowym ukształtowaniu terenu. Ma też hipertekstowy klimat i hipertekstową historię... Chociaż, prawdę napisawszy, historii chyba nie ma, istnieje wszak tylko w chwili czytania i pisania. Jest to zagadnienie niezwykle niejasne i zawikłane, czyli znakomicie nadające się do zwodnika, niemniej jednak nie będziemy się tutaj nim zajmować. Właśnie dlatego, że zwodnik musi być zwodniczy... Wątpliwości nie budzi natomiast fakt, że historię ma pomysł stworzenia Liberlandii, a może raczej ogłoszenia własnej niepodległości. Decydując się wiele lat temu na podjęcie trudu (nie)opisania świata, wiedziałem, że przyjdzie taki moment, kiedy będę musiał zająć się tak nieprzyjemnymi sprawami jak rządzenie, zarządzanie, organizowanie, administrowanie i innymi do nich podobnymi i równie paskudnymi. Nie znoszę być rządzony, nie lubię też rządzić, aczkolwiek nie są mi obce, jak każdemu, szaleńcze nieomal wizje, kiedy to wyobrażamy sobie, zrozpaczeni lub rozwścieczeni, że oto jesteśmy wszechmocnym dyktatorem, który zaprowadza na świecie porządek. Oczywiście nasz porządek – szczytem głupoty byłoby zaprowadzać na świecie czyjś porządek. Postanowiłem więc założyć własne państwo, w którym nikt by mną nie rządził, a ja nie rządziłbym nikim i jakiś czas temu, bez fanfar i tłumu akredytowanych dziennikarzy, ogłosiłem niepodległość tego spłachetka ziemi liczącego kilkanaście tysięcy kroków kwadratowych, który jakoby posiadam na własność. Wyobraziłem też sobie, że oto sąsiad w wyniku bardzo podobnego procesu ogłasza niepodległość swojego spłachetka. I następny sąsiad też. Każdy przyjmuje w swoim państwie inny język za urzędowy. Ma też inny ustrój. Tak oto miałbym trzy książki przymocowane do wspólnej podstawy i zwrócone do siebie grzbietami, albo bokami, albo przodami... O ile opisanie własnego państwa nie nastręczałoby specjalnych trudności, to opisanie cudzych państw już tak, tym bardziej, że musiałbym je wymyślić, a z wymyślaniem cudzych rzeczy nie jest u mnie najlepiej. Książki te nie byłyby bowiem tłumaczeniami jak najbardziej przystającymi do siebie, lecz raczej różnojęzycznymi wariantami jednego tekstu, wariacjami na jeden temat, czyli tłumaczeniami bardzo dowolnymi i nieprzystającymi do siebie, choć fizycznie się dotykającymi. Dlatego też ów trójksiąg ciągle pozostaje wyobrażeniem, choć powstało już całkiem sporo drobnych fragmentów tej skomplikowanej układanki. Co ciekawe (zapewne przede wszystkim dla mnie) fragmenty te w większości nie dotyczą polityki, lecz tego, co leży u podstaw polityki, a czym politycy z reguły nie zaprzątają sobie głowy, bo i po co, skoro tylko z tego straszne kłopoty. Jeśli jednak mam tworzyć moje państwo od podstaw, to uważam za rzecz nader istotną, by się tym podstawom przyjrzeć i spróbować je zrozumieć. Na przykład: jeśli zechcę napisać konstytucję, to chciałbym znać znaczenia słów, których użyję do jej napisania. Jeśli zechcę wprowadzić dokumenty stwierdzające tożsamość, to wpierw muszę wiedzieć co to jest tożsamość. Lecz moja wiedza nie ma sprowadzić się do uznania za wystarczające potocznego rozumienia tych pojęć, ani też przyjęcia jakiejś mniej lub bardziej upraszczającej i deformującej definicji – otóż ja chciałbym przedostać się na drugą stronę języka... Piekielnie ambitne zamierzenie. Paraliżuje. Zwodzi... Być może to sprawiło, że opisywanie mojego państwa stało się opisywaniem stanu mojego umysłu. Mógłbym zatem posłużyć się parafrazą: (moje) państwo to (mój) umysł. Może mógłbym... I zastanawiając się nad tym czy mógłbym, zaplątałem się, potknąłem i wpadłem w Sieć. Czyż bowiem Sieć nie jest obrazem umysłu?

Zostawiam to zwodnicze pytanie bez odpowiedzi. Skupiam się na innych zadziwiających aspektach czasoprzestrzeni hipertekstowej w jakiej znalazła się Liberlandia.

Strona startowa – to chyba znaczenie lepsze określenie niż strona pierwsza – przypomina trochę mapkę metra. Albo plan lotniska, czy raczej portu lotniczego. Przylatujesz. Lądujesz. Wysiadasz. I co? W którą stronę pójść? Możesz pójść w różne strony. Możesz pójść w wiele stron. W którą stronę pójdziesz, tam ciągle będziesz trafiał na kolejne węzły, na kolejne gwiaździste place i z każdego takiego węzła znowu będziesz mógł pójść w różne strony, w wiele stron... Wiem, nie zawsze tak bywa, że przylatujesz. Bywa, że wjeżdżasz albo przypływasz – to wtedy masz do czynienia z półwęzłem, z placem półgwiaździstym. Niebywale trudno byłoby skonstruować papierową książkę tak, by kartka rozkładała się w różne strony, w wiele stron dając możliwość jednoczesnego rozwijania tekstu, czyli opowieści, w różne strony, w wiele stron... a potem kolejne kartki rozkładające się w różne strony... Labirynt jak z koszmarnego snu... Interesujące: są powieści rzeki, lecz nie ma państw-rzek, ani krajów-rzek. Może poręczniej byłoby więc użyć metafory wstęgi? Interesujące jest też to, że państwa i kraje nie mają początku, ani końca. Mają za to początki i mają krańce. Powinna być zatem możliwość dostania się do Liberlandii z różnych stron, z wielu stron – to bardzo interesujące, muszę o tym pomyśleć... że też wcześniej na to nie wpadłem... A umysł zdaje się nie mieć ani początku, ani początków, ani końca ani krańców. Zdaje się...

Jeśli był start, jeśli kiedyś zacząłem biec, to kiedyś powinienem dobiec do mety (czyli gdzieś powinna być strona metowa). W przypadku książki papierowej jest to oczywiste i nieodzowne, żeby taka książka w ogóle powstała, żeby można ją była wydać. Opowieść hipertekstowa może być wydawana na bieżąco, albowiem proces jej powstawania może być jednocześnie procesem jej publikowania. Tak jest w przypadku Liberlandii. Bo państwo jest procesem. Bo kraj jest procesem. Bo umysł jest procesem... Liberlandia powstaje powoli i mozolnie. No cóż, zawsze znajdzie się coś pilniejszego do zrobienia – ludy zapłotne i zaekranne chyba zupełnie nie rozumieją zasad ekonomii liberlandzkiej. Ale już się do tego przyzwyczaiłem. Zatem odwiedzając Liberlandię musisz mieć na uwadze, że wszystko jest w budowie, w przemianach, w naprawie. Że jeszcze nie działa transport. Że w kinie są dopiero dwa filmy, a w teatrze dwie sztuki. Że nie ma gdzie zjeść. Że sklepy nieczynne. Że tylko jedna ulica. Że nie ma parku. Że galeria sztuki zamknięta. Ale muzeum już otwarte. I bank też. I biblioteka. I jakieś urzędy. Że coś dopiero zaczęte, coś jeszcze nie dokończone. Że coś będzie przebudowane, przesunięte, zburzone, zamknięte. I tak będzie do końca. Do mojego końca. Albo do końca hateemelu. Jeśli bowiem hateemel zemrze wcześniej niż ja, to chyba już nie nauczę się obsługiwać tego co go zastąpi, ani nie będę miał czasu, by całą Liberlandię, cały mój umysł, przekonwertować.

A zatem jest to dzieło na wskroś otwarte, odśrodkowe, płynne, zmienne, niekończące się... Ale nie interaktywne. O nie! Bo to jest dzieło, a nie portal społecznościowy. Nie jest to też gra. Nie możesz się w Liberlandii zalogować, nie możesz stworzyć swojego profilu, nie możesz dopisywać komentarzy, nie możesz jej współtworzyć. Możesz ją tylko czytać. Możesz tylko przez nią wędrować. I nie ma w tym nic dziwnego. Wszak to moje państwo.

A jeśli chodzi o języki... Polski - wiadomo. Angielski – też wszystko jasne (chociaż obawiam się, że wnet trzeba go będzie zastąpić chińskim). Esperanto – no cóż, miało być tym czym teraz jest angielski, a nawet czymś więcej, ale nie jest; trudno, zdarza się.

I jeszcze jedno: Liberlandia jest republiką absolutnie linuksową.

To tyle. Muszę kończyć, bo dziś czeka mnie jeszcze przeprowadzenie kilku ważnych reform oraz przynajmniej ze dwie wizyty zagraniczne związane z próbą importowania styliska do kosy. Proszę nie zapominać, że Liberlandia to nie tylko dwudziestodwucalowy ekran, lecz także ponad hektar ziemi bujnie zarośniętej.



<<<