PIASKOWNICA


Pisałem patykiem po ziemi. Jak każdy.
Pisałem palcem po piasku. Jak każdy.
Jak każdy tu i tam. TU i TAM.
To moje pisanie TU na pewno jest czymś innym, niż czyjeś pisanie TAM.
Na przykład Aborygenów australijskich.
Ich sytuacja wydaje się skrajnie odmienna od naszej. Lecz tylko wydaje się. Może jest tylko bardzo odmienna. A może po prostu tylko odmienna, trochę inna. O tej odmienności decyduje pewna odwrotność: to, że TU ziemia należy do ludzi, a TAM ludzie należą do ziemi. Chociaż my też przecież mówimy coś o Matce-Ziemi, coś o ojcowiźnie, do czegoś wzdychamy, za czymś tęsknimy, ale jednak tę Matkę-Ziemię dzielimy na morgi i hektary, kupujemy i sprzedajemy, dzierżawimy i oddajemy pod zastaw. A reszta to metafory, poezja, zwykłe ględzenie, nieostre pojęcia, metafizyczne niepokoje, filozoficzne mącenie, niezrozumiały bełkot, któremu nadajemy rangę wyraziciela najwyższych wartości i najszlachetniejszych uczuć. I nikomu już potem nie przyjdzie do głowy, przez myśl nie przemknie, że kopiąc w ogrodzie dołek wbija łopatę w żywe ciało swojej matki lub ojca, albo dziada lub bardziej odległego przodka ...... że wchodząc do groty odwraca proces narodzin, powraca do łona a nie na łono, wchodzi do macicy i nie jest to powrót symboliczny, mistyczny, lecz jak najbardziej realny i fizyczny ...... Tam ciągle jeszcze ziemia jest prawdziwym ciałem Przodka, bowiem Przodek (niekoniecznie mający ludzką formę) dokonując rozmaitych czynów, które ukształtowały dany teren, nasycił ziemię swoją energią, swoją krwią, swoimi wydzielinami, może nawet jego ciało stało się tą lub tamtą skałą lub górą czy równiną. Więc kiedy Aborygen zaczyna coś rysować na ziemi, kiedy zanurza palec w pyle i piachu, to czuje się tak jakby zanurzał palec bezpośrednio w ciele Przodka, albo jakby podłączał się do źródła energii, wręcz jakby wsadzał palec do kontaktu ...... właśnie nie! otóż to! oto pułapka! klasyczny, powszechnie popełniany błąd: żadne „jakby”, nie ma „jakby”, to nie dokonuje się symbolicznie ani metaforycznie – to dokonuje się jak najbardziej realnie, przynajmniej dla nich .......
A ja? A tu?
Czasami pisałem coś patykiem. Albo palcem. Ale częściej patykiem. Jakieś błahe słowa, raczej nieistotne, mało ważne, bardzo mało albo wcale nie wpływające na losy świata. Czasami rysowałem jakiś symbol, jakiś znak: --> albo X i to były ważne znaki, bo miały ogromny wpływ na przebieg zabawy w podchody. Czasami coś pisałem-rysowałem na plaży, a potem patrzyłem jak te moje bazgroły zaciera woda. Zdarzenie typowe, powszechne jak katar. Chociaż katar przytrafiał mi się znacznie częściej.
Dopiero później, znacznie później zrobiłem przed domem piaskownicę. Niezbyt dużą. Koślawo kwadratową. Półtora metra na półtora. Może ciut mniej – może ciut więcej. Klasycznie ogrodową: boki miała ze starych pni. Najpierw bawiła się w niej moja córka, a kiedy już przestała, przyszła mi do głowy myśl, że teraz mógłbym się zacząć bawić ja. Mógłbym wygładzić i oczyścić powierzchnię piasku i napisać-narysować jakiś wierszobraz. Coś haikalnego. Szybkiego. Ulotnego ....... Uczyniłbym z piaskownicy pułapkę na piękne myśli ...... Potem robiłbym zdjęcie. Potem je drukował. Potem wsadzał do drewnianego pudełka o proporcjach tej piaskownicy. I tak powstawałaby inna piaskownica – piaskownica pełna myśli, myslisłów i myślobrazów ..... Zupełnie realna, fizycznie istniejąca piaskowniczka, choć może należałoby ją nazwać kartkowniczką – tak, to bardzo ważne, żeby nie była jedynie opisem, bo nam piękne opisy przysłoniły świat, porwały nici łączące nas ze światem fizycznym .....
A co działoby się z oryginałem? Czy sam powinienem go zatrzeć czy też może pozwolić mu znikać powoli i dopiero kiedy zostałby całkowicie zatarty przez wszelkie istoty i byty spadające, chodzące, latające, wiejące, wtedy pisałbym-rysował nowy wierszobraz? A może mógłby to być tylko jeden wierszobraz – codziennie robiłbym jedno zdjęcie i dokumentował jego znikanie – potem do pudełka włożyłbym je wszystkie tak, aby na wierzchu było to pierwsze – wtedy czytelnik-oglądacz wyjmując kolejne kartki oglądałby-czytał dzieło o znikaniu, o mozolnym rozlatywaniu się i ulatywaniu.
Lecz czy w ogóle potrzebna prawdziwa piaskownica? Czy nie lepiej ją zasymulować w komputerze?
Nie. Nie lepiej. Fizyczność to fizyczność. Nie do zastąpienia. Nie do ominięcia.
A czy w ogóle trzeba dokumentować? Robić zdjęcia? Drukować? Powielać? Rozpowszechniać? Lękać się, że zginie, zgubi się, zniknie bezpowrotnie? Co zginie: piękna myśl? wizja? zręczne słowa? frapujący koncept?
Wszak ulotność powinna ulatywać. Więc niech ulatuje ...... Piękniejszy jest motyl fruwający niż ten przybity szpilką do dna gablotki.

I uleciała.
To dobrze. Wszystko ulatuje.
TU i TAM.


Jednak ciągle jeszcze mogę zrobić księgę ulotną. Lecz nie będę wyrywał kwiatów, które zdążyły wyrosnąć w piaskownicy. Mogę znaleźć inne miejsce. Mogę odgarnąć suche liście tam albo tu.....

Mógłbym też pisać-rysować na wodzie. Lub w powietrzu.
(Ach, jakie by to było wspaniałe ćwiczenie z kaligrafii! Pisać niewidzialnie! To tak jakby grać niesłyszalnie – gdybym jeszcze kiedyś zdecydował się na prowadzenie warsztatów bębniarskich, to posadziłbym rwących się do grania adeptów przy instrumentach i zakazał im grać; a gdyby żądza grania już ich prawie rozsadzała, to poleciłbym im grać bezgłośnie, bezdźwięcznie ...... )

Mógłbym. Mógłbym wychodzić do ogrodu albo na łąkę i pisać na powietrzu wielkie zdanie wielkimi literami.
Tak. Powinienem tak robić od czasu do czasu. Tak. Powinienem. Coraz częściej powinienem tak robić.
Wyjdę na taras i to zrobię. Napiszę niewidzialny wiersz o wietrze.


Wyszedłem. Napisałem.
Poleciał. Piękny i czysty.

Tak. Tak powinno być. Czasami.
Bo nie wszystko da się uwiecznić.
Bo nie wszystko trzeba uwieczniać.
Nie wszystko.
Nie.


<<<