O   C  Z  Y  T  A  N  I  U
o c z u    t a ń c z e n i u

(tekst ten ukazał się w 2003 roku w
drugim numerze kwartalnika Ha!art)

Może morze? Morze było prawie gładkie. Tylko leciutko pomarsz- czone. Cicho chlupotało. Lecz chlupot nie jest przecież westchnieniem.
Zatem ziemia? Las? Ląd? Las na wysokim brzegu? Nieruchomy las na nieruchomej skarpie?
Wszystko by wstrzymało oddech?
Wszystko by z zapartym tchem obserwowało trawy i trawki?



Byłem w miejscu być może najważniejszym. Byłem
pomiędzy. Pomiędzy morzem a ziemią. Pomiędzy niebem a morzem. Pomiędzy nocą a dniem. Nawet pomiędzy brzegiem wysokim wyraźnym i oczywistym a linią brzegową ciągle inną, spienioną, pojawiającą się w szumie i chlupocie i znikającą w syku wody wysysanej przez piach i pękających bąbelków. Wiem, że zawsze jestem pomiędzy, ale to pomiędzy było pomiędzy modelowym, było kwintesencją sekstesencją septesencją oktesencją
.... pomiędzności ....... Byłem na plaży i rysowałem trawy.



Gdyby to było ze trzy tysiące lat temu, to może odkryłbym jakiś system zapisu, coś pomiędzy alfabetem, sylabariuszem i hieroglifami. Coś pomiędzy glifami piktami ikonami indeksami symbolami co wcale nie znaczy, że czytałem dzieła Pierce'a, o nie – ja tylko czytałem to, co inni o nim myślą i nie myślą; jestem więc jeszcze marniejszym pirsykiem niż arystotelikiem grafami znakami i czymś tam jeszcze. Nową czynność – coś pomiędzy pisaniem i rysowaniem. I teraz słowo rysopis znaczyłoby coś zupełnie innego. Ja bym teraz rysopisał i byłoby łatwiej.







Trawy milczały. Rosły w rzadkich kępach. Mogły się tylko trącać, a nie ocierać o siebie całymi źdźbłami. Nie były ze szkła. Nie były z metalu. Nie były z porcelany. Nie były napiętymi strunami. Były oszałamiająco gibkie i giętkie. I sztywne. Twarde i jędrne. były czymś pomiędzy tymi stanami-cechami. Niektóre wyginały się akroba- tycznie. Ostrymi czubkami dotykały wygładzonej przez wiatr kartki piasku i |||||||||||||||| ||||| ||||||| ||||| |||

Gdyby to było dwieście, albo pięćset lat temu, to może bym odkrył-wynalazł sejsmograf. Albo elektrokardiograf. Albo encefalograf. Albo entlipentligraf. Albo jakieś urządzenie reagujące na najlżejsze drgania, na najlżejsze tchnienia, na najsubtelniejsze wyziewania || ||| || || ||| |||||| || |||| || | | Coraz trudniej teraz wymyślać. Coraz więcej trzeba zmyślać. Więc zmyślam . . . . . . . .
Zakładam w swej nieposkromionej naiwności, ze trawa coś napisała. Spróbuję jednak nie posunąć się aż tak daleko w swój naiwności, by założyć, że napisała to coś do mnie. Lub dla mnie. Bo przecież wiem, że |||||| zanim tu przyszedłem, zanim do niej podszedłem. A nie było mnie tu nigdy przedtem. Nie posunę się do tego, by uważać, że czekała na kogoś takiego jak ja, kogoś kto potrafi przeczytać to co ona ||||||| . . . . . Posunę się jednak do tak wielkiej nikczemności, że zadam śmiertelnie raniące ją mnie nas pytanie: czy to ona |||||| czy może była tylko piórem w czyjejś ręce? W czyjej zatem? Wiatru, który jest tylko nędznym wyziewem albo jeszcze czymś okropniejszym? A jeśli już coś zostało napisane albo ||||||| | | | | to jak to odczytać albo ((((( ( ( ( (( ((( ( ??? ? ? ??? ??? ?



Szczęśliwie się złożyło, że przez ten tydzień tam spędzony dużo czytałem. Nic nie pisałem. Wyjątkowy tydzień. Upojny. Bowiem od kilku, a może nawet kilkunastu lat przeżywam okres wzmożonej produkcyjności. Nadmiernej. Może nawet nadprodukcyjności ...... Konsumuję niewiele. Nie mam czasu na konsumpcję. Ubolewam nad tym. Tęsknię do czasów, kiedy chłonąłem koncerty, filmy, książki. Wbrew temu co się powszechnie sądzi o kon- sumpcji lub subtelnie zmusza innych by tak sądzili, nie jest ona szkaradna. Ci, którzy ją za taką uważają powinni pamiętać, że to ona nadaje sens produkcji i twórczości. Pisanie książek, których nikt by nie czytał niewątpliwie miałoby sens i to może nawet bardzo głęboki próbuję wyobrazić sobie taką społeczność w której wszyscy tylko piszą tak są pochłonięci pisaniem, że nie mają czasu na czytanie zamykam oczy przymykam je i widzę jak wszyscy nic tylko piszą i piszą ale ten sens z pewnością nabiera rumieńców, kiedy ktoś te książki czyta. Branie jest równie istotne i potrzebne jak dawanie – cóż by nam przyszło z tego ponoć tak szlachetnego dawania, gdyby nikt nie chciał brać tego co dajemy?


Książki, które czytałem nie były napisane przez trawy, ani przy pomocy traw. Były napisane przez ludzi i bynajmniej nie niepewnymi kreseczkami na piasku, lecz zdecydowanymi, wyraźnymi, czarnymi literkami na zwykłym papierze. Zatem sytuacja była stosunkowo prosta.
Wariant (1): znam wszystkie znaki (w tym przypadku litery) i znam wszystkie zasady składania tych liter w słowa, a słów w zdania i tak dalej. Dzięki temu mogłem poprawnie odczytać to, co było zapisane, czyli dopasować dane złożenie znaków-liter do przedmiotu, idei czy obrazu, określanego przez to złożenie. Gdybym trafił na wyraz źle złożony, to mógłbym go łatwo wytropić. Mógłby on jednak być źle złożony przez przypadek albo z premedytacją. Mogłoby się też tak zdarzyć, że byłby on złożony poprawnie, lecz prototypowo i mógłby występować po raz pierwszy, albo ja nigdy wcześniej bym go nie spotkał – mógłby on zatem zaskakiwać, ale może mógłbym domyśleć się, co miałby on znaczyć, a jeśli zawiodłaby moja zmęczona upałem domyślność, to pozostawałyby jeszcze słowniki lub objaśnienia samego autora albo najprzeróżniejsze konteksty to co przed nad pod obok w poza i tak dalej a gdyby i to zawiodło, to jeszcze pozostawałaby czarna rozpacz – autorzy jednak nie stawiają sobie za cel doprowadzenie czytelnika do takiego stanu, chociaż są i tacy co wydają się to właśnie stawiać sobie za cel; najczęściej jednak owa czarna rozpacz kapitulującego czytelnika jest produktem ubocznym jeszcze czarniejszej rozpaczy autora, który próbuje odnaleźć właściwą drogę w mrocznym labiryncie nieopisywalności . . . . . . . U wrót jakiego to oślepiająco jasnego labiryntu ja się teraz znalazłem? Ileż tu możliwości i odcieni. Bagno przeogromne .....


A mnie chodzi przede wszystkim o to, by zwrócić uwagę na niewyczerpalne wręcz możliwości tworzenia nowych, nigdy przedtem nie występujących kombinacji, głównie słów, które mogą opisywać-przedstawiać rzeczy- procesy-wyobrażenia-idee-i-coś-tam- jeszcze i które możemy poprawnie rozumieć widząc i słysząc je po raz pierwszy w życiu. Zostawiając na boku niuanse i subtelności zewsząd mnie osaczające, chcę stwierdzić, bardziej wyraźnie niż niewyraźnie, że czytanie jest procesem otwartym: ciągle można odczytywać coś nowego czego nigdy przedtem nikt nie odczytał. Z czego wynika, że i pisanie też jest procesem otwartym, bo zawsze można napisać coś, czego nikt przedtem nie napisał i w taki sposób w jaki nikt przedtem. Że czytanie i pisanie są nieustannym improwizowaniem, a nie odgrywaniem kompozycji uprzednio zapisanej w mniej lub bardziej precyzyjnej partyturze.
UFF!
Wziąłem też ze sobą książkę napisaną po francusku. Zaistniał zatem Wariant (2): znałem wszystkie znaki (litery), ale nie znałem wszystkich zasad układania z nich słów, a z tych słów zdań i tak dalej. Właściwie to miałem do czynienia z wariantem Wariantu (2). To, że czasami musiałem zaglądać do słownika, a niekiedy rekonstruować zdania podziurawione moja niewiedzą, nie odbierało mi przyjemności czytania, choć nie zawsze mogłem się nią w pełni rozkoszować, pewna warstwa subtelności była dla mnie niedostępna. Wariant (2) zaistniałby w całej krasie, w swej czystej postaci, gdybym zabrał książkę napisaną na przykład po fińsku. Wtedy znając wszystkie znaki, a nie znając żadnych zasad, niczego bym nie przeczytał. Na szczęście nie mam takiej książki.


Mam natomiast takie książki, które umożliwiłyby zaistnienie Wariantu (3): nie znam znaków (więc nawet nie wiem czy byłyby to litery) i nie znam zasad – ale żadnej z nich nie wziąłem może szkoda bo to dopiero byłoby wyzwanie dla oczu i dla umysłu. W przypadku tego wariantu pojawiają się pewne dodatkowe aspekty, które powinny i mogą nas zainteresować. Jeśli te nieznane mi znaki są znakami zupełnie abstrakcyjnymi przynajmniej dla mnie czyli takimi, że jeśli ktoś mnie nie poinformuje co się za nimi kryje, to za cholerę tego sam nie zgadnę – to sprawa jest prosta, tak jak prosty pozostaje Wariant (3). Jeśli jednak znaki te coś przypominają, z czymś się kojarzą albo coś mniej lub bardziej dokładnie przedstawiają, to sprawa komplikuje się, bowiem uruchomione zostają dobre i złe demony intuicji.
Krążąc wiele lat temu po Muzeum Egipskim w Kairze, szukając wyjścia z labiryntu tysięcy inskrypcji wyrytych, namalowanych, inkrustowanych, wykutych, miałem nieodparte wrażenie, że wiem o czym one opowiadają. Potrafiłem je czytać na jakimś innym poziomie. Może nawet powinienem to zapisać tak: potrafiłem je czytać albo: potrafiłem je czytać. Lub jeszcze jakoś inaczej. Natomiast nie wiem, czy miałoby sens szukanie lub wymyślanie jakiegoś nowego słowa, bo miałem też nieodparte wrażenie, że to co się działo, było częścią CZYTANIA. Wiem, że to czytanie, że takie czytanie, było oparte na ogólnej wiedzy o kulturze starożytnego Egiptu jaką wtedy posiadałem. A jednak ta ogólna wiedza i wyczulona przez nią intuicja mogą doprowadzić do zupełnie mylnych wyobrażeń. Mógłbym teraz o tym moim tamtejszym czytaniu powiedzieć, że wiedziałem że idą bo te znaki wyglądały jak jakiś pochód parada procesja marsz, ale nie wiedziałem dokąd idą. A ja wraz z nimi ....... Nie dyskredytowałbym jednak tego innego poziomu czytania.


Oto malowidło aborygeńskie. Wydaje się, że to przykład zupełnie nie na miejscu, bo nie dość, że malowidło, to jeszcze z obszaru kultury, której czynność pisania i czytania była zupełnie nieznana i niepotrzebna do szczęścia. Ale proces oglądania malowideł ma coś wspólnego z czytaniem tekstu. Jeśli nie będzie na nim żadnych rozpoznawalnych przedmiotów, sytuacji czy istot przecież zawsze na początku chcemy rozpoznać co ten obraz przedstawia najpierw go “czytamy” a dopiero potem oglądamy i mimo setek tysięcy książek i artykułów i wypowiedzi i wywiadów kryterium podobieństwa czyli jeśli obraz ma tytuł Dom to czy rzeczywiście przedstawia dom i czy ten namalowany dom jest podobny do prawdziwego domu jest dla jakże wielu najważniejsze słowem czegoś co pozwoliłoby nam “odczytać” to malowidło, to zawsze pozostaje nam zareagować tak, jak reagujemy na malarstwo abstrakcyjne: podziwiać faktury, kompozycję, kolory, technikę i tak dalej. Oczywiście nie przyjdzie nam do głowy, że te kreski, plamy i kropki mogą przedstawiać bardzo konkretne rzeczy bo u nas jako abstrakcyjne z definicji niczego by nie przedstawiały i nie mogły przedstawiać a próby doszu- kania się w nich jakiejś symboliki uważalibyśmy za nadinterpretację, na przykład ślady odnóży krabów, które biegną po piasku trzymając w szczypcach resztki ciała mitycznego Przodka. Prawdopodobnie nasz czysto estetyczny zachwyt wywołałby u Aborygena równie duże zdziwienie, jak u nas wywołałby czysto estetyczny zachwyt Aborygena nad naszą mapą drogową mapa mapa mapa tekstów teksty map mapowania malowidła aborygeńskie bywają mapami terenów na których rozgrywały się wydarzenie teraz powtarzane w formie rytualnej. Malowidło można zatem “czytać” tak jak “czyta się” na przykład mapę. I cóż może w tym miejscu i momencie przyjść innego na myśl jak nie średniowieczne rozbuchane alegorie już dla nas “nieczytelne”? . . . . . . Niech sobie przychodzą. I niech sobie pójdą. Nie będę się nimi zajmował. Zajmę się czymś istotnym, kluczowym dla procesu czytania, na co wskazują powyższe przykłady.







Otóż, czytanie może być (i niestety jest!) procesem wielowarstwowym. Byłoby dobrze, gdyby Wariant (1) obejmował całość procesu czytania. Tak jednak nie jest, a co za tym idzie nie jest dobrze. Ba! Wręcz jest źle. Bardzo źle. Wariant (1) obejmuje tylko to, co jest niejako jądrem procesu, fundamentem na którym wznosimy skomplikowaną budowlę o warstwowej strukturze. Czyli Wariant (1) jest warstwą podstawową, która może leżeć na wierzchu, albo na spodzie, albo w środku. A warstwy te nie leżą bynajmniej na sobie równo; są poplątane, przenikają się, stapiają ze sobą, rozpuszczają w sobie. Wydawałoby się, że wystarczy złożyć literki s+t+ó+ł i w wyniku tego działania otrzymamy stół czyli pow- szechnie znany mebel. Ale perfidny i złośliwy pisarz coś pod tym stołem ukryje i to coś tak okropnego, że może się okazać, iż stół wcale nie jest stołem. Sprawę pogarsza fakt, że pisanie jest procesem otwartym, co znaczy, że nie tylko można generować niewyobrażalnie dużo nieznanych nam przedtem zdań, ale można także generować i nakładać- podkładać-wkładać coraz to nowe i inne warstwy aczkolwiek jest ich zapewne mniej niż zdań – przynajmniej w praktyce – i nie zawsze są to warstwy mentalne – mogą to być warstwy materialne fizyczne nad i pod wyraz konkretne ..... Czytanie także jest procesem otwartym. Zatem czytelnik musi te wszystkie warstwy zdejmować, odsłaniać. No właśnie – musi? powinien? czy może? Co stanie się, jeśli nie odsłoni wszystkich warstw? Nic strasznego najwyżej pisarz zemrze ze zgryzoty poza tym, że jego odczytanie będzie niepełne, powierzchowne albo spodnie albo denne albo środkowe albo mieszane – zależy gdzie będą znajdować się warstwy przez niego odczytane. A co stanie się, jeśli czytający odsłoni warstwy nie nałożone przez piszącego – czyli odczyta to, czego nie napisano? mogą to być warstwy nałożone przez piszącego nieświadomie przypadkowo mogą to jednak być warstwy wirtualne wyimaginowane wykreowane jedynie przez czytającego Oj, straszne rzeczy mogą się wtedy wydarzyć ...... Skąd jednak ma czytelnik wiedzieć ile jest tych warstw i jakie? Szukanie odpowiedzi na to pytanie wymagało jednak zaczerpnięcia świeżego powietrza. Świeżego powietrza wymagała też sytuacja rodzinna w jakie się znaleźliśmy. Oto bowiem czytanie doprowadziło do zupełnego zaniku tak zwanego życia rodzinnego. Każde z nas zamknęło się w szklano-mydlanej bańce swojej książki. Gdybyśmy oglądali telewizję, to robilibyśmy to razem i jeszcze głośno wymieniali komentarze. Czytanie może zatem mieć skutki nadspodziewanie przerażające. Ale o tym ani mru mru. Cicho szaaaaa aa a a  a




Plaża była pokryta znakami. Nie cała, o nie! Tylko jej fragmenty. Zapewne wybrane. Chyba wyse- lekcjonowane .... Charakter znaków wskazywał na to, że mieliśmy do czynienia z systemem innym niż alfabet czy sylabariusz. Otóż, znaki nie różniły się między sobą kształtem. Różniły się jedynie wielkością, siłą odciśnięcia ich w piasku, ustawienia względem siebie i względem osi, a może jeszcze innymi, niedostrzegalnymi na pierwszy rzut oka cechami, co w sumie zapewniało ogromną ilość możliwych kombinacji z tak niewielu elementów, aż strach powiedzieć-pomyśleć-napisać, że z jednego. Mogłoby to świadczyć o tym, że u podstaw systemu leży jeden dźwięk-pojęcie, co prawda dopuszczający pewną wariantowość wariacyjność? wariactwa? stąd owe drobne różnice w kształcie reprezentującego go znaku, znaku-klucza, znaku-jądra, znaku- pestki . . . . . . . Może to właśnie to osławione OM? Albo jeszcze sławniejsze EH? UFF? OH? Eeeee? Czyż nie można by wyobrazić sobie, wymyśleć, języka zbudowanego tylko z jednej sylaby? Wszak można ją wymówić i zapisać na dziesiątki i setki sposobów, co znowu dawałoby ileś tam kombinacji . . . . . . . . Oczywiście spodziewałem się i oczekiwałem, że te znaki ułożą się w określone linie albo płaszczyzny a te linie w kontury a te płaszczyzny w plamy. Co najmniej jak na płaskowyżu Nazca. One przecież mogą to oglądać z góry. One to właśnie w ten sposób oglądają. Bo przecież nie wtedy, kiedy stoją na piasku. Cóż mogą dojrzeć z wysokości kilkunastu lub dwudziestu kilku centymetrów? ...... A może właśnie zamiast próbować wzbić się w powietrze, choćby jak ci terkoczący nad plażą paralotniarze, powinienem raczej zmniejszyć pole widzenia i czołgać się? Któż to wie co się mogło wylęgnąć w tych mewich móżdżkach?


Obok, wszędzie obok i wzdłuż, kłębiły się i ciągnęły glony. O nie, nie podejrzewałem ich o to, że są rodzajem szaleńczo wyrafinowanej kaligrafii próbującej oddać wszelkie, najdrobniejsze nawet niuanse bełkotu. Podejrzewałem, że mogą być czymś w rodzaju taśmy magnetofonowej, że wystarczy skonstruować odpowiednie urządzenie do odtwarzania, coś w rodzaju glonofonu, i już. I z głośnika popłynie opowieść. Oczywiście skierowana do nas i dla nas zrozumiała. Jakże by inaczej! Przecież wszystkie znaki na niebie i na ziemi mówią, że nie może być inaczej. Właśnie, wszystkie znaki na niebie i na ziemi. A na morzu?
Morze jest tylko lekko pomarszczone. Bardzo spokojne i ciemne. Ciepłe. Mówi, że mogę sobie popływać, nie będzie mi się wlewało do ust. Ani do nosa, ani tym bardziej do płuc. Obiecuje to. Zarzeka się, że to nie podstęp. Oczywiście, zwraca się do mnie. A do kogóż innego by się miało zwracać?
Otóż to: wszystkie znaki na niebie i ziemi i na morzu też mówią tylko do nas. Co mówią te znaki? Mówią tylko to, co my możemy zrozumieć. Mówią tylko to, co my chcemy, żeby nam powiedziały. Mówią tylko to, co my je nauczyliśmy mówić.
TO STRASZNE! No i jak tu żyć z takim brzemieniem bezczelności? To nie bezczelność. To Wariant (4): wydaje mi się, że znam znaki i wydaje mi się, że znam zasady . . . .
Wiadomo, że wszystko jest informacją. Wszystko wszystkich o czymś informuje. Wiadomo, że potop pisał romans ciekawy na ziarneczkach piasku zapewne chodziło o morze pływy i przyboje ale niech tam mu będzie że potop, na morzu pisał wiatr i tak dalej. O morzu, łące, piasku i lesie można mówić, że to tekst, że księga, ale morze to tylko i aż i przede wszystkim morze. MORZE ~~~~~ morze ~~~~~~~ A plaża to tylko i aż i przede wszystkim plaża : : : : : : : : : : : : : : : : : : : A trawki to tylko i aż i przede wszystkim trawki ||||||| | | |



Zostawiam na boku wszystkie znaki na niebie, ziemi, morzu, plaży, łące i w lesie. Zamykam oczy. Nie widzę ich. Nie ma ich. Znikają ....... Nie teraz. Później. Może kiedyś się nimi zajmę. Teraz niech się inni kłócą o ich naturę i o ich istnienie. Teraz ważne jest dla mnie to, że z tego samego różni ludzie wyczytują różne rzeczy, choć wydawałoby się, że powinni wyczytać to samo. Pół biedy, jeśli dotyczy to pomarszczonej powierzchni morza czy kępy wydmowej trawy lub tropu mewy. Cała bieda, jeśli dotyczy to tekstu napisanego po to, by go ktoś odczytał tak, jak chce autor, czyli żeby wyczytał to, co zostało w nim napisane. Wszystko wskazuje na to, że nie jest to możliwe, bo nawet najprecyzyjniejsza instrukcja obsługi może okazać się zupełnie nieprecyzyjnym poematem o niepojętej wręcz symbolice, jeśli czytający nie wie wcześniej co ma wyczytać. A jeśli tak okropne rzeczy mogą dziać się w przypadku podobno tak jednoznacznej i precyzyjnej instrukcji obsługi czegoś tam, to cóż dopiero może zdarzyć się w przypadku tekstu będącego instrukcją nieprecyzyjną i niejednoznaczną albo wcale nie będącego instrukcją ....... W poprzednim zdaniu znalazła się jednak pewna ciekawa uwaga, trop godny podjęcia: czytający wie zawczasu co ma wyczytać.


Wśród książek, które ze sobą wziąłem i które czytałem nad morzem była i taka o kunsztownej poezji barokowej. O poezji wizualnej. O wierszach, które w sobie zawierają wiersze, o wierszach układających się w określone figury, o wierszach mających w sobie ukryte teksty ułożone z pierwszych, środkowych lub ostatnich liter, akro-mezo- telestychy, tworzących symboliczne figury. O wierszach kunsztownie nudnych i kunsztownie zamkniętych. A to dlatego, żeby czytelnik nie wyczytał w nich czegoś ponad to, co wyczytać powinien. A to dlatego, żeby nabrał przekonania, że niczego innego wyczytać się nie da ...... Coś jakby inicjacja do czytania. To dziwne słowo – inicjacja. Powinno raczej brzmieć ono finicjacja. Bo przecież proces inicjacji niczego nie inicjuje. On kończy - inicjuje koniec. Masz wiedzieć. Wiedzieć i słyszeć tyle. I tylko tyle. Nic więcej. To koniec zdobywania wiedzy. Wiesz wszystko. Nie ma niczego innego, co mógłbyś się dowiedzieć, niczego innego nie napiszesz, ani nie przeczytasz. Jeśli zatem przyjmiemy, tak jak to zrobiliśmy na początku, że pisanie jest procesem otwartym, czyli że możemy pisać i piszemy ciągle coś nowego, czego nie napisaliśmy nigdy przedtem i tak jak nigdy przedtem, to ów barokowy kunszt nie zasługiwałby na miano kunsztu pisania, bowiem te akro- mezo-telestychy ciągle układały się w to samo, bo w nic innego nie wolno było im się ułożyć, jedynie w krzyż, w jego pochodne i warianty, i w to co z nim związane.
Z czego należałoby wysnuć wniosek, że nie mamy w tym przypadku do czynienia z czytaniem, bo czytanie też jawi się nam jako proces otwarty, który pozwala za każdym razem wyczytać-przeczytać-odczytać coś innego, a nie ciągle to samo, niezależnie od tego, co byśmy czytali.
Wariant (5): znam znaki, znam zasady działań na tych znakach i znam wyniki działań przed rozpoczęciem działań.


Człowiek jest jednak istotą niewdzięczną. Nie chce wiedzieć tyle, ile powinien. Chce wiedzieć więcej. Być może jedynymi wdzięcznymi ludźmi byli australijscy Aborygeni, którzy uporczywie poprze- stawali na tym co wiedzieli i nie chcieli dowiedzieć się niczego więcej. Zasada Ockhama mówi, że jeśli jest potrzeba, to należy byty mnożyć.
A potrzeba jest zawsze. Musimy ćwiczyć słabnący wzrok. Musimy leczyć ślepnące oczy. Żeby widzieć więcej i wyraźniej. Żeby pląsawica oczu zamieniła się w pląsanie, w taniec. Każda książka jest zbiorem liter, z których można ułożyć inną książkę. Pisząc jedną kartkę, moglibyśmy zatem napisać jednocześnie nawet kilka innych. To byłoby bardzo trudne, ale wykonalne. Czytając książkę, moglibyśmy zatem przeczytać w niej jednocześnie kilka innych. To strasznie trudne, ale możliwe. Czy to nam oczy uleczy czy okaleczy? Każde leczenie może doprowadzić do okaleczenia. Może, ale nie musi. Z reguły nie doprowadza. Można przyjąć strategię głazu, ale nawet najtwardszy głaz prędzej czy później zostanie rozbity przez pędzący strumień. Można przyjąć strategię rwącego
strumienia i pędzić na złamanie karku – i być pochłoniętym przez morze lub wyschnąć
wtedy wiatr rozetrze triumfujący głaz. To są tylko metafory, mniej lub bardziej trafne, mniej lub bardziej napuszone, górno albo dolnolotne. Od metafor ważniejsze jest zawsze to, co próbują one opisać. Jeśli odkrywamy, że nawet najprostsze wydarzenia, najbardziej banalne i oczywiste są w swej istocie wielowarstwowe i poplątane, to nie zawsze wystarczy napisać: to lub tamto jest wielowarstwowe i skomplikowane. Z reguły nie wystarcza. Wleci jednym uchem, a wyleci drugim. Wpadnie w jedno oko, a wypadnie z drugiego ..... Ale jeśli dostaniesz do ręki książkę właśnie tak wielowarstwową i skomplikowaną w swej strukturze fizycznej i mentalnej jak owo najbanalniejsze wydarzenie – czy to wystarczy?




Mielibyśmy wtedy do czynienia z Wariantem (6): znam częściowo znaki, znam częściowo zasady działania na tych znakach, nie znam rezultatów.
Czy oczy taką terapię wytrzymają? Wytrzymają. Jeśli nie te, to inne. A wtedy może i Wariant (3) nie będzie sprawiał trudności. A jeśli on nie będzie sprawiał trudności, to może kiedyś przeczytamy co wypisują w powietrzu chybotliwe źdźbła.


Wtedy napłynęła gęsta mgła. Balsam dla skołatanego umysłu. Już nie było ani morza, ani stromego brzegu z sosnowym lasem, ani traw. Pięknie było. Niczego nie było widać. Niczego nie można było odróżnić. Nie było żadnego pomiędzy. Było tylko w . . . . . . . . . . 

Wariant (0)

<<<



To była ta pora dnia, kiedy ciśnienia i temperatury wyrównują się i wiatr przestaje wiać. Zaledwie chucha. Wzdycha. Oddycha lekko, bezgłośnie, niezauważalnie – nie wiadomo wtedy od czego drżą liście i źdźbła i dlaczego chmury nie stoją w miejscu.
Błąd. Pierwszy czyli kolejny. Początek czyli kontynuacja błądzenia w tak zwanym krystalicznie czystym i przejrzystym powietrzu. Otóż, to nie wiatr wzdycha. Wiatr jest tylko efektem wzdychania. Zatem Arystoteles mylił się twierdząc, że wiatr to wyziewy. Tyle tylko zapamiętałem z Meteorologiki, a niczego więcej nie czytałem – marny ze mnie arystotelik, marniejszy od marnego. Wiatr to westchnienia. Tchnienia i oddechy. Ale kaszel pewnie też. A jesli kaszel i świszczenie w płucach (w czyich płucach?), to i wyziewy. Ziewania też. Zapewne beknięcia i pierdzenie. Zatem nie mylił się aż tak bardzo Stagiryta. Tylko trochę. troszeczkę ...... Ważniejsze jednak byłoby ustalić kto lub co wyziewa. wyZIEWA. wzdycha i zieje. tchnie. Tcha. Tchuuuuuu.
Ja na pewno nie. Ja z zapartym tchem oglądałem trawy i trawki.