<<<



styczeń 2008

Gdynia. Konferencja “Druga rewolucja książki”. Dlaczego rewolucja i dlaczego druga? Nie wiem. Nie ma co się jednak tym zbytnio przejmować. Tytuły i nazwy z reguły są dziwne. Moje wystąpienie też miało dziwny tytuł. Bardzo dziwny. UTEKSTOWIENIE ZNAKU. UZNAKOWIENIE TEKSTU. Zupełne dziwactwo. Chciałem opowiedzieć o relacjach między tekstem i znakiem. Chciałem też zaprezentować ostatnią moją książkę czyli Nieznaki drogowe. Oczywiście, opowiadałem nie o tym, o czym chciałem, choć miałem przygotowany plan. Widocznie pomyliłem znaki i skręciłem nie tam gdzie powinienem. Nie ma w tym nic dziwnego. Z reguły opowiadam nie o tym, o czym chcę opowiedzieć. Właściwie to nie powinienem w ogóle gęby otwierać. Powinienem na tym bardzo dużym ekranie wyświetlić po kolei wszystkie strony książki. A tak w ogóle, to lepiej byłoby gdybym poklikał trochę po Emeryku. Może hipertekst jawiłby się jako bardziej rewolucyjny niż znakotekst. No ale tego nie zrobiłem. Miałem się też naczytać w pociągu, ale tylko się nadrzemałem. Mógł też mnie wiatr zwiać do morze, ale tego nie zrobił. Nie było więc tak źle. Poza tym wymyśliłem co nieco do Liberlandii. A najważniejsze było olśnienie. Iluminacja. Oto bowiem przywiozłem ze sobą dziesięć prawie dwumetrowych listewek, żeby przyczepić do nich nieznaki formatu A2 i przekształcić fragment sali wykładowej w niby-drogę. A potem nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Szedłem ulicą i czułem się niczym pierwotny myśliwy wyruszający z dzidą w ręce na jakiegoś zwierza. Ryczał wiatr, zacinał deszcz. Rozpacz i wściekłość. Wtem olśnienie: nie oszczep niosę, nie dzidę trzymam w ręce, lecz boki do pudełek na moje książki! Od pięciu lat wycinam krzywe boki – męczę się, rozpaczam i wściekam – a przecież mogłem kupować takie listewki – są przecież różnej szerokości – równiutkie i gładkie - - - - - - I potrzebowałem pięciu lat i pięciuset kilometrów, żeby wpaść na ten pomysł! Rewolucyjny pomysł! Prawdziwie rewolucyjny! Kolejna rewolucja moich książek!



grudzień 2007

Przez dwa miesiące kilkadziesiąt zrobionych przez mnie książek będzie leżeć w gablotach w głównym holu Biblioteki Narodowej w Warszawie: zamknięte, otwarte, złożone, rozłożone...
Czy może być lepsze miejsce dla książek? Tak. Oczywiście. Ręce czytelnika.



wrzesień/październik 2007

W zasadzie stało się to, co miało się stać, bo przecież nic innego nie mogło się stać, a oczekiwać że stanie się co innego byłoby szaloną naiwnością. Kiedy wiosną 2005 Koniec świata według Emeryka został wydany na CD zastanawiałem się, na której półce w ksiągarni można będzie go znaleźć. W żadnej nie było półki z hipertekstami, albowiem nikt przedtem takowych w Polsce nie wydawał ani nie pisał. I oto moja ciekawość została zaspokojona. W księgarniach pojawiła się ostatnio półka z książkami do słuchania. Tam też, ku mojemu zdumieniu, choć zdumiewać się nie miałem prawa, znalazłem Emeryka. Oczywiście, nie we wszystkich księgarniach, lecz w nielicznych – w większości nie ma go wcale. W największej księgarni internetowej też jest w dziale audiobook'ów. Zatem, poszukiwacze hipertekstów mają znikome szanse, aby go znaleźć. Nie przejmujmy się jednak tym zbytnio – poszukiwaczy hipertekstów też jest znikoma ilość. Dlatego teraz będzie można znaleźć całego Emeryka w Liberatorium.





20 lipca 2007

Znajomi czytali na głos moje książki w kieleckiej galerii BWA. Nocą. Właściwie nie powinienem się zgodzić, bo wszystkie moje książki objęte są zakazem czytania na głos. Ze względów jak najbardziej oczywistych i nie wymagających tłumaczenia. Zgodziłem się jednak, bo pomyślałem, że to dobra okazja, żeby pokazać iż one są przede wszystkim do czytania, chociaż na pewno innego niż głośne. Wiele osób jest bowiem przekonanych, że można je jedynie oglądać, bo do czytania, jakiegokolwiek, nie nadają się one w ogóle.




maj 2007

Przerobiłem LIBRO2N. Leporella przekształciłem w kodeksy. Będziej poręczniej, wygodniej. Mój przyjaciel, który dostał egzemplarz leporellowy, poinformował mnie, że udało mu się książkę otworzyć i rozłożyć. Nic nie wspominał o tym, czy udało mu się ją złożyć i zamknąć. Zapewne mu się uda. Jest on wielkim miłośnikiem książek, więc na pewno ją przeczyta z wielką uwagą i z wielką pieczołowitością złoży i zamknie.




7 maja 2007

Spotkanie w Bibliotece Miejskiej w Krośnie. Po jednej stronie barykady ja – po drugiej kilka klas gimnazjalistów. Barykada z książek. Z liberatury i hipertekstu. Opowiadam im o czymś czego nie znają i nie mam do nich pretensji o to, że tego nie znają, bo jak gdzie i kiedy mieliby to poznać? Trudniejsze jest to, że opowiadam o czymś czego nie chcą poznać, bo uważają to za kompletnie niepotrzebne i bezużyteczne. Można tylko mieć nadzieję, że za ileś tam lat ktoś z nich nagle, ku własnemu przerażeniu, zechce znaleźć odpowiedź na podchwytliwe pytanie: czy można pisać okrągłymi literami o rzeczach kanciastych?




25 kwietnia 2007

Edinburgh World Heritage. 5 Charlotte Square. Dwugodzinna prezentacja Liberatorium. Reakcje bardzo dobre, wręcz entuzjastyczne. Tak entuzjastyczne, że chyba nikomu nie przyjdzie do głowy, że można by zrobić jeszcze coś. Na przykład wznowić nakład
Ulicy Sienkiewicza (dzień wcześniej The Demarco European Art Foundation nabyła ostatni egzemplarz). Albo dokonać zupełnie niecudownego rozmnożenia jakiejś innej książki. A ja ciągle nie mam śmiałości o to zapytać. Niemniej jednak i tak jest to znacznie lepsza sytuacja niż na przykład całkowity brak entuzjazmu lub pochwały zdawkowe i wymuszone. Nie mówiąc o obojętności i zdegustowaniu.
Podobno książki żyją swoim własnym życiem. Jeśli tak, to same też powinny dbać o swoje interesy. Może się jednak zdarzyć, że nie lubią się rozpychać łokciami. I co wtedy?




kwiecień 2007

Bristol Artist's Book Event. W zasadzie nie powinienem tu być – moje książki nie są przecież książkami artysty, lecz książkami pisarza. Jednak jak dotąd nie słyszałem o żadnym wydarzeniu dotyczącym książek pisarzy, co wydaje się dosyć dziwne zważywszy fakt, że książek pisarzy jest całkiem sporo. Moja obecność nie jest jednak całkiem nieuzasadniona, wszak jestem także po trosze artystą, czasami przecież coś narysuję. Mógłbym za to z powodzeniem pojawić się na targach książek muzyków. Niestety, takie wydarzenia są jeszcze rzadsze niż targi książek pisarzy.... Miło jest spotkać znajomych, których nie widziało się kilka lat. Bardzo miło. Ciekawe, czy książki też mają takich znajomych. Miło jest też zobaczyć jakieś nowe miejsce – nigdy nie byłem w Bristolu. Ciekawe, czy książkom też jest miło. Ciekawe, czy one widzą to co ja, czy moje oczy są ich oczami – to wcale nie musi być tak jak mogłoby się wydawać.




styczeń 2007

Zabrałem książki z Galerii Białko i z księgarni Ha!Art. Już się tam dosyć nastały, należały, naczekały. Co się z nimi tam miało stać, to już się chyba stało. Kto je miał oglądnąć, to je już oglądnął. Kto miał którąś z nich kupić, to już kupił. Chyba. Zawsze będzie niepewność, że może właśnie następnego dnia przyszedł ktoś, kto chciał kupić je wszystkie. No ale gdyby ktoś tak zdeterminowany się pojawił, to zapewne starczyłoby mu determinacji, żeby się ze mną skontaktować. Nic takiego nie nastąpiło. Więc teraz książki będą trochę podróżować. I wylegiwać się w domu.




27 października 2006

Jestem w galerii sztuki współczesnej w moim rodzinnym mieście. To ma być zaczątek kolekcji, która będzie dokumentować dokonania różnych twórców tego regionu. Pośród wielu obrazów wiszących na ścianach widzę dwie moje książki. Są w ciasnych gablotkach i też wiszą na ścianach. Równie dobrze mogłyby wisieć w muzeum przyrodniczym pośród rozmaitych motyli i innych przedziwnych skrzydlatych stworów. Może nawet byłoby lepiej... Gablotki są schludne i wykonane bardzo starannie i książki wyglądają w nich ładnie. Mimo wszystko to chyba najgorszy los jaki może spotkać książkę.




14 października 2006

Opowiadam o moim
Traktacie kartkograficznym na międzynarodowej konferencji poświęconej poszukiwaniu (non)sensu w literaturze. [IALS IV Conference / In Search of (Non)Sense / Instytut Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie] Jak zwykle opowiadanie przekształca się w pokazywanie książek. Mogłoby się wydawać, że moja obecność wśród filologów, teoretyków i badaczy literatury jest nonsensowna – wszak stoimy po dwóch stronach barykady. Mogłoby, ale nie powinno – wszak tę barykadę tworzą książki, które ja (nie)piszę a oni (nie)czytają.




wrzesień 2006

Nieopisania świata ciąg dalszy...
Po kilku latach przerwy znowu w Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi. Czysto, przejrzyście, bez zbędnych elementów. Wystawa-czytelnia. No i zdążyłem z najnowszą książką: LIBRO2N. Prawie zdążyłem - nie była gotowa płytka ze zdjęciami, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek z odwiedzających był aż tak dociekliwy. Zresztą dla odwrócenia uwagi umieściłem na ścianach szereg wydruków pokazujących jak powstał gamadelt norbliński.




14 września 2006

Pokazuję swoje książki w Książnicy Płockiej. Opowiadam przez prawie dwie godziny. Gęba mi się nie zamyka. Obiecuję sobie i obiecuję, że nie będę już opowiadał, bo mam dosyć tego ciągłego tłumaczenia dlaczego robię takie dziwne książki i dlaczego jest ich tak mało, a potem mówię jak nakręcony. Kilkoro ludzi kupuje Koniec świata według Emeryka. Mają zamiar wędrować po bezdrożach hipertekstu. Być może na zamiarach się skończy. Wyglądają na ludzi, którym trudno będzie porzucić szelest kartek dla klikania myszką. Wygląd może jednak być bardzo mylący. Mogą przecież być ryzykantami i szaleńcami w przebraniu porządnych obywateli.




lato 2006

Antykwariat naukowy Andrzeja Metzgera w Kielcach. Okno wystawowe. Rękopisy. Notatki. Zeszyty. Maszynopisy. Stare maszyny do pisania. Pierwsza drukarka igłowa. Pierwsza atramentówka... Próba pokazania procesu powstawania książki. Raczej drobnego fragmentu tego procesu. Przecież nie mogłem odkręcić sobie głowy.... Także próba pokazania relacji pomiędzy technologią a ostatecznym kształtem dzieła... Tak. Tylko próby. Zaledwie wskazanie problemu. Uchylenie rąbka tajemnicy. A jeszcze półki z książkami. A jeszcze teksty wyjaśniająco-gmatwające. A jeszcze rysunki gdzieś w tle, w głębi. Niewielkie jest okno wystawowe. Lecz zadziwiająco głębokie. Metaforycznie i realnie.



- - - - - - - -