|
Dlaczego
chcę założyć wydawnictwo LIBERATORIUM.
Najpierw trochę etymologii. Po
pierwsze liber
czyli książka.
Chcę, żeby punkt ciężkości działań przesunął się z tekstu
na książkę. Chcę tak robić książki, żeby każdy jej element
był znaczący i brał udział w tworzeniu opowieści. Tak zresztą
zawsze robiłem swoje książki. Książka jako przedmiot, książka
jako dzieło, książka w całości kryje w sobie jeszcze ogromne
możliwości zarówno dla twórcy jak i dla odbiorcy.
Tak
na dobrą sprawę, to chociaż towarzyszy nam od tylu lat, to
niewiele wiemy o jej naturze, nie zastanawiamy się nad nią tak jak
nie zastanawiamy się nad naturą szklanki lub wałka do ciasta. A
szkoda, bo tam czeka na nas ogromne, słabo spenetrowane, a jeszcze
słabiej zagospodarowane terytorium liberatury.
Po
drugie liber czyli wolny. Wolny od konwencji i
stereotypów.
Jednym z nich jest wyobrażenie, że poważne książki dla
poważnych, dorosłych ludzi powinny być drukowane czarnymi
literkami ułożonymi w równe rządki na białych,
prostokątnych kartkach połączonych ze sobą dłuższym brzegiem (a
jeśli pojawią się kolory czy ilustracje, to mają one służyć
jedynie upiększeniu książki, nigdy zaś wzbogaceniu przekazu,
bowiem zgodnie z innym obowiązującym powszechnie stereotypem
znaczenie słowa nie zależy ani od tego jak je wymówimy ani
jak je napiszemy). Moje dotychczasowe kontakty z wydawcami
upoważniają mnie do stwierdzenia, że próbowanie przełamania
u nich takiego stereotypowego i konwencjonalnego myślenia jest tylko
stratą czasu i niepotrzebnym wydatkowaniem energii. A poza tym,
wydawcy i redaktorzy uwielbiają „pogrzebać” w
cudzym dziele –
ja im takiej szansy nie daję, ponieważ przynoszę im książki,
które są dziełem skończonym, przemyślanym w
szczegółach;
wymagam od nich tylko dokładnego powielenia, rozmnożenia, a to jest
zajęcie ich niegodne, więc muszę się tym zajmować sam ......
Zatem, jeśli opowieść wymaga, żeby książka miała kształt
trójkątny, to należny zastanawiać się nad tym, jak taką
trójkątną książkę zrobić, a nie nad tym jak nakłonić
autora do wtłoczenia tej opowieści w prostokąt, argumentując to
sakramentalnym „tego nie da się zrobić” - bo da się
zrobić
..... no ale nie będzie pasować do regału ....... rzeczywiście, to
ci dopiero tragedia: będzie wystawać z półki.....
Po
trzecie liberatorium brzmi bardzo podobnie do laboratorium.
Nie jest to bynajmniej przypadek. Nieprzypadkowo też zwykłem
porównywać pracę pisarza lub muzyka, do pracy naukowca.
Piszę lub gram, także dlatego, że chcę się czegoś dowiedzieć o
świecie. Sztuka jest także znakomitym narzędziem poznawania
świata. Poznawanie jest działaniem bezkompromisowym. Fizyk
odkrywając jakieś nowe zjawisko w świecie cząstek elementarnych
nie zastanawia się nad tym, że będzie ono niezrozumiałe dla
Przeciętnego Obywatela. To jest tylko i wyłącznie problem
Przeciętnego Obywatela. (Uwaga drobna, aczkolwiek istotna: nie
wynika z tego, że gardzą Przeciętnym Obywatelem czy też
Przeciętnym Czytelnikiem. Może wynika z tego nawet coś wręcz
przeciwnego: zakładam, że jednak sobie z tym poradzi, że ma pewne
zdolności do rozwiązywania trochę trudniejszych zadań i chęć do
wysiłku, że nie jest zdalnie sterowanym kretynem.)
Mogłoby
się wydawać, że czynienie takich założeń jest szaleństwem.
Należałoby zapytać: komu? Bowiem mnie wydaje się, że szaleństwem
są założenia przeciwne. Definiowanie szaleństwa nie jest jednak
celem tego dokumentu.
Oczywiście
zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia normalnego człowieka, to
co robię jest szaleństwem. Jak jednak wiadomo, także normalnemu
człowiekowi, szaleństwo może być metodą. A czasami wręcz musi,
jeśli nie jest postawą wyspekulowaną, a po prostu jest, bo inaczej
być nie może. Jednak to też nie jest przedmiotem tego dokumentu.
Otóż,
LIBERATORIUM wynika nie ze spekulacji, czy też jednorazowego,
młodzieńczego olśnienia. Idea LIBERATORIUM wynika z doświadczenia.
Książkami zajmuję się od dwudziestu kilku lat. Stworzyłem (czyli
napisałem-wyobraziłem-narysowałem- zaprojektowałem-.....) ich
kilkanaście, a własnoręcznie wyprodukowałem
(wydrukowałem-zmontowałem-oprawiłem) ponad trzysta egzemplarzy.
Pokazywałem je na wystawach, festiwalach i targach książki
normalnej i nienormalnej w całej Europie i poza nią. Chociaż nigdy
nie szedłem na żadne ustępstwa i kompromisy nie są to dzieła
hermetyczne – różni ludzie je czytają w
różnych
krajach i rozumieją (fragmenty niektórych z nich, jeszcze
zanim książki osiągnęły swój ostateczny kształt, były
drukowane w rozmaitych gazetach i periodykach (Gazeta Wyborcza,
Charaktery, Literatura Foiro) i też znajdowały swoich
czytelników,
mimo swej niepoprawności pod każdym względem). Na to doświadczenie
składa się także kilkanaście przetłumaczonych książek,
głównie
z antropologii kulturowej, kilkanaście nagranych płyt,
głównie
z OSJANEM i setki koncertów oraz współpraca z
niekonwencjonalnymi teatrami.
Podstawowym
i prozaicznym problemem była i jest ilość tych książek. Chociaż
świadomość posiadania własnoręcznie zrobionych dzieł w zbiorach
Biblioteki Narodowej, British Library czy New York Public Library
jest miła, milsza byłaby świadomość, że są one w normalnych
domach. Założenie ponad rok temu Czytelni Liberatury przy
Małopolskim Instytucie Kultury w Krakowie, gdzie są udostępnione
wszystkie moje książki, też sprawy nie rozwiązuje. Sprawę
rozwiązywałby Internet, gdyby moje książki nadawały się do
zrobienia z nich wersji elektronicznych, ale nie nadają się. W
sieci jest natomiast moja ostatnia opowieść, Koniec świata
według Emeryka, a to dlatego, że została wymyślona jako
hipertekst i nie może być przerobiona na wersję papierową
(oczywiście, też jest nietypowa i łamie pewne konwencje ekranu,
ale cieszy się sporym zainteresowaniem). Przełomem okazało się
wydanie w zeszłym roku przez Biuro Wystaw Artystycznych w Kielcach Ulicy
Sienkiewicza w Kielcach w nakładzie prawie 500
egzemplarzy. Przede wszystkim dlatego, że udowodniono, iż da się
taką książkę wydać i to dokładnie w takiej formie w jakiej
została wymyślona (po całkowitym rozłożeniu staje się ona
makietą tejże ulicy). I nie było to ani piramidalnie
skomplikowane, ani upiornie drogie. Co więcej, Ulica nie
tylko spotkała się z dużym zainteresowaniem Przeciętnego
Obywatela, ale została także nagrodzona na dorocznym przeglądzie
artystycznym „Przedwiośnie 2003” w Kielcach
(nagrody przyznaje
jury spoza Kielc, więc sentymenty nie miały tu nic do rzeczy) oraz
została nominowana do wydarzenia kulturalnego roku 2003 w
plebiscycie kieleckiej Gazety Wyborczej.
Współpraca
przy wydaniu Ulicy mogłaby być modelowa dla
przyszłego
LIBERATORIUM. Wyglądało to tak. Przyszedłem do drukarza w jednej
ręce trzymając CD-ROM ze złożoną całą książką, a w drugiej
trzymając zrobiony przeze mnie egzemplarz tej książki, który
miał służyć jako model. Uzgodniliśmy kilka
szczegółów
technicznych, drukarz wydrukował poszczególne karty, a potem
zmontował je według dostarczonego modelu. I tyle. BWA zajęło się
zorganizowaniem pieniędzy na papier i druk oraz dystrybucją
(niestety, dystrybucja praktycznie nie istnieje, to znaczy książka
jest do nabycia właśnie w galerii BWA, ale BWA traktuje ją
bardziej jako dzieło plastyczne, niż książkę – nie mam o to
pretensji, wszak jest to galeria, a nie wydawnictwo) ..... Kolejna
drobna, aczkolwiek istotna uwaga: tak jak nikogo nie dziwi i nikt nie
poczytuje tego za szaleństwo, że symfonie skomponował, obraz
namalował, czy tekst napisał jeden człowiek, nie powinno też
dziwić, że książkę w całości może stworzyć jedna osoba. To
zaś może oznaczać, że książki liberackie wcale nie muszą być
drogie (w produkcji i w sprzedaży), ponieważ uczestnictwo
redaktorów, korektorów, grafików,
łamaczy i
kogoś tam jeszcze w procesie przygotowania takiej książki jest
zupełnie niekonieczne, a wręcz niemile widziane. Książka powinna
niejako „wychodzić z jednego umysłu” - wtedy jest
najbardziej
spójna, a jej elementy najbardziej ze sobą zharmonizowane.
Co
wydawałoby LIBERATORIUM? Na początku myślę o dwóch „liniach produkcyjnych”:
A
potem być może udałoby się uruchomić trzecią
„linię”,
dotyczącą teorii i historii liberatury....
A
potem to już będę się chyba nadawał do przerobienia na papier.
W
każdym razie wyobrażam sobie LIBERATORIUM jako wydawnictwo ledwie
dwu-trzy osobowe, taką miniaturową fabryczkę książek,
laboratorium książek – przynajmniej na początku. Tą drugą
osobą chciałbym, żeby był Krzysztof Żarnotal. Przynajmniej na
początku. Potem zobaczymy. Wariatów nie brakuje. No i
mieściłoby się ono tutaj, u mnie w domu, pod Łysogórami.
Wiem,
że to zabrzmi szokująco, ale ten dokument jest w zasadzie rodzajem
biznesplanu.
Tak,
tak, to jest monotypowy plan interesowy. No cóż, jeśli mamy działać niekonwencjonalnie, to działajmy. Radosław Nowakowski wiosna 2004 <<< |