|
Kiedy czternaście lat temu kupiłem pierwszy komputer, nieomal zaraz po
uruchomieniu go zacząłem robić książkę. Ma ona tytuł Ogon
słonia.
Pomyślałem, że to
byłaby też bardzo dobra nazwa. I nazwałem... Co nazwałem? To nie
było wydawnictwo, bowiem robiłem znacznie więcej i inaczej niż
robi zwykłe wydawnictwo. Nie mogłem więc mówić o sobie, że
jestem wydawcą. Nie mogłem też mówić o sobie, że jestem
pisarzem, bowiem robiłem znacznie więcej niż pisarz. Po kilku
dniach przyszło mi do głowy słowo książkarz.
Przez analogię do piekarza.
Od tego słowa utworzyłem książkarnię.
Tak powstała KSIĄŻKARNIA OGON SŁONIA. Kilka lat temu mój przyjaciel, Zenon Fajfer, wymyślił słowo liberatura. Zenek nie wymyślił liberatury – ta bowiem istnieje od dawna. Tak to bowiem jest z nazwami, że one niczego nie stwarzają, a tylko czasami pomagają pewne rzeczy i zjawiska dostrzec i wyodrębnić, wtedy kiedy są właściwe, gdyż w przeciwnym razie tylko zaciemniają i mącą. Liberatura jest dużo ciekawszym słowem niż książkarstwo – nawiązuje jednocześnie do literatury, książki i wolności. Ciekawsze jest też liberatorium od książkarni – kojarzy się ze skryptorium (komputorium) i laboratorium. A na dodatek dwie pierwsze litery przywodzą na myśl system Linuks, który obecnie używam. Przedzierzgnąłem się więc z książkarza w liberata, a książkarnię zamieniłem w liberatorium. Poza tym nic się nie zmieniło. (Chociaż myślałem, że może przy okazji zmiany nazwy przekształcę to nadziemne wydawnictwo w naziemne, ale jakoś nie udało się. Powstał tylko pewien dokument - list intencyjny.) Nadal swoje książki robię sam: wymyślam je, piszę, tłumaczę, rysuję, projektuję, drukuję i oprawiam..... To bardzo istotne, żeby książka rodziła się w jednym umyśle – wtedy wszystkie jej elementy mogą być maksymalnie ze sobą powiązane i nasycone znaczeniem, wtedy rysunek przestaje być ilustracją, a czcionki mogą być specjalnie brzydkie, bo ważniejsze jest co swym kształtem komentują i dopowiadają, jaki tworzą kontrapunkt.... W moim liberatorium łączę techniki stare z nowymi: projektuję czcionki TTF, ale czasami wycinam litery w drewnianych klockach, rysuję ołówkiem na papierze, ale używam także tabletu..... Może z tego powodu moje książki są pod każdym względem niepoprawne – bowiem jeśli konwencje i normy w jakiś sposób ograniczają przekaz, to należy je odrzucić. Świat, ten we mnie i ten dookoła mnie, nie jest równymi rządkami czarnych literek. Świat jest raczej zbiorem niesłychanie wielu opowieści dziejących się jednocześnie i niebywale ze sobą poplątanych, gdzie jedna litera, jeden znak może należeć do wielu różnych historii, a w nim samym może zawierać się wiele różnych historii też. Zatem, może opisanie należy zastąpić nieopisaniem? Wszak książka linearnie opisująca nielinearność to zupełnie co innego niż książka nielinearna, podobnie jak uporządkowany opis chaosu to zupełnie co innego niż książka chaotyczna, w której tego chaosu możemy doświadczyć i dotknąć... Być może takie powinny być książki jaki jest świat. To nie jest nadmierne i niepotrzebne komplikowanie i tak już wystarczająco skomplikowanego świata. To jest próba zrozumienia tej komplikacji w całej jej okazałości, a nie zastępowania jej uproszczonymi modelami, chociaż te też mogą być piękne i dosyć skomplikowane mimo swej pozornej prostoty, jak ziemniak.... I tym właśnie zajmuję się w moim liberatorium: nieopisywaniem świata. <<< |