<<<




koniec czerwca 2017


Są książki, które pojawiają się nagle. Nie trzeba ich wymyślać, są już bowiem wymyślone i wszystko w nich doskonale do siebie pasuje. Nie trzeba ich pisać, są już bowiem napisane, wystarczy je przepisać. Niestety, trzeba je będzie wydrukować, nie opanowały jak dotąd sztuki materializowania się. Pojawiają się wbrew wszelkim planom i zamiarom. Absolutnie nie należy z ich materializacją czekać – czekanie, spowodowane właśnie planami i zamiarami, skutecznie je niszczy... Nie, nie niszczy. One po prostu przepływają obok i znikają. I nigdy nie wracają. Jak chmury. Jak motyle. Jak roziskrzona woda.
Nie wolno przegapić takiej chwili. Dlatego od ponad dwóch miesięcy przepisuję (materializuję) coś co ostrożnie i z wahaniem, oraz z przekorą określiłbym jako kryminał somnambuliczny, aczkolwiek słowo kryminał nie jest chyba słowem właściwym. Nie wiem jednak jakie byłoby właściwe i czy w ogóle takie bym znalazł. Zapewne musiałbym je wymyślić.
Książka nie ma tytułu. Intrygujące. Ma wszystko poza tytułem. Co mogłoby wskazywać, że brak tytułu (lub tytuł właśnie) jest istotnym elementem tej układanki. Czyżby jeden z wielu brakujących puzzli? Zatem może zwykłe, proste słowo zagadka byłoby odpowiednie. Zagadka somnambuliczna.
Być może pojawienie się takiej książki jest swoistą reakcją na długie zmagania z opisem świata kanciastego. Tu nie ma żadnych zmagań. Po prostu czekam, aż mi się przyśni kolejny fragment i go zapisuję. I tyle. Gdyby tak było z każdą książką.... A nie jest? Pisanie książek to jak śnienie na jawie. Pisanie zagadki somnambulicznej jest jawieniem się we śnie




grudzień 2016

Za kilka dni pojadę do wielkiego miasta zabrać książki. Od ponad dwóch miesięcy są prezentowane na wystawie w Galerii Pięknych Książek. Zabiorę część, a część zostawię. Teraz będą stały na jednej półce – nie będą już wystawiane, ale będę dostępne do oglądania i czytania. Będą wśród innych pięknych książek. Galeria jest nowa, powstała na wiosnę tego roku, i książek jest w niej jeszcze niewiele.
Czy moje książki będą we właściwym miejscu? Czy moje książki są piękne? Obecność kilku starych maszyn do ręcznego składu sugerowałaby, że nie są. Nie są przecież drukowane przy użyciu metalowych czcionek. Nie są też drukowane na pięknych papierach. Nie są też pięknie oprawione. Jednak taka sugestia sprowadzałoby piękno książki do aspektu rzemieślniczego na dodatek rozumianego jako praca ręczna wykonywana według zasad obowiązujących w epoce przedcyfrowej. Mielibyśmy zatem do czynienia jedynie z wycinkiem piękna. A co zresztą? Jakie byłyby inne wycinki piękna? Piękna książka powinna być pięknie napisana. To chyba przede wszystkim... Piękna książka powinna być pięknie wymyślona jako książka, jako całość. Niewątpliwie... Piękna książka powinna mieć piękną konstrukcję i strukturę. Oczywiście... Piękna książka powinna pięknie, całą sobą, opowiadać jakąś historie (najlepiej też piękną, ale to nie jest konieczne, zważywszy, że większość historii nie jest piękna). To zrozumiałe... Niezrozumiałe jest samo piękno. Co też jest zrozumiałe. Zawsze bowiem mamy do czynienia z jego wycinkami. Ciągle nie możemy ułożyć całości. Ciągle czegoś brakuje, jakiegoś istotnego fragmentu. Ciągle o czymś zapominamy. Ciągle popełniamy błędy (najlepiej jeśli popełniamy piękne błędy, ale to nie jest takie łatwe i zdarza się dosyć rzadko, bowiem piękne błędy są rzadkością, a poza tym popełniania błędów nie da się ćwiczyć – błąd wyćwiczony przestaje być błędem)... Dalsze rozważania raczej nie mają sensu. Niejedną książkę poświęcono pięknu. Nie wiadomo jednak, czy były to książki piękne. Prawdopodobnie nie – na pewno takie nie są te z nich, które mam w domu. Czy opisanie piękna powinno być piękne? A któż by się nad tym zastanawiał... Zatem może jednak stworzenie pięknej książki o pięknie miałoby głęboki sens.
Ponieważ Galeria Pięknych Książek znajduje się w wielkim i ważnym mieście, w którym mieszka wielu ważnych i wielkich ludzi zajmujących się książką, kilkoro z nich miało przyjść na otwarcie wystawy. Być może z ich pomocą udałoby mi się odpowiedzieć na pytanie czy moje książki są piękne czy nie. Nikt z nich jednak nie przyszedł. Podobno przeszkodziły im w tym jakieś wielkie i ważne wydarzenia. Miejmy nadzieję, że także piękne. Nic się więc wielkiego i ważnego nie wydarzyło w życiu moich książek. Znowu. To dobrze. To pięknie. Cały czas dzieje się piękna codzienność. Ciągle piękna. I ciągle się dzieje. Jak pięknie.




sierpień 2016

Przekonanie o cykliczności zjawisk jest jak najbardziej słuszne. Jest również tak dobrze udokumentowane, iż nie ma najmniejszego sensu spierać się co do jego istoty. Zdziwienie mogą wywoływać jedynie niektóre cykle, a to głównie za sprawą ich mistyczno-ezoterycznego charakteru. Na przykład cykl oparty na magiczności liczby siedem. Bo liczba osiem już nie jest magiczna. A nawet jeśli jest, to tylko odrobinę, podczas gdy siódemka jest wielce magiczna.
Podobno co siedem lat dokonują się istotne zmiany. Nie wiem czy zmienia się wszystko. Coś się zmienia. Co osiem lat też się coś zmienia. Dla przekonanych o niezwykłej mocy siódemki, zmiany następujące co osiem lat nie są tak ważne jak te następujące co siedem, dlatego nie należy na nie zwracać uwagi, bo są one warte i godne jedynie zaniedbania, a wtedy stwarza się wrażenie, że zmiany dokonują się tylko co siedem lat... Nie wymieniam innych liczb, albowiem siódemka i ósemka są związane w sposób szczególny z istnieniem Liberatorium – otóż, nazwa liberatorium istnieje już siedem albo osiem lat... lub siedem i pół... jakoś nie mogę się doliczyć... Nazwa, bowiem to, co tak jest nazywane od kilku lat, istnieje już lat kilkadziesiąt...
Dzisiaj rano włączyłem komputer i nie zobaczyłem tego co zwykle. Monitor nie zaświecił się. Zrestartowałem komputer, lecz ekran nadal pozostawał czarny, jakby uparł się, że mi dzisiaj żadnych tajemnic nie udostępni. Zaskoczenie i zdumienie nie pozwala w takim momentach myśleć logicznie, chociaż próbowałem nie ulegać panice. I wtedy zobaczyłem po prawej stronie, tuż przy ramce, zjadliwie różową, pionową kreskę... Czyżby przyszła kolej na monitor? Ile on ma lat? Ile lat wyświetla cierpliwie najrozmaitsze bzdury: siedem? osiem? W końcu nie wytrzymał. Prawie rok temu wymieniłem komputer, bo kilku (sześciu? siedmiu?) latach intensywnego użytkowania zaczął dyskretnie sygnalizować jakieś problemy z twardym dyskiem. Miesiąc temu umarła mocarna, tysiącdwustuwatowa, pomarańczowa kosiarka, zadusiła ją zupełnie byle jaka łodyga – policzyłem i to był piąty jej sezon, chociaż nie wiem które koszenie, bo koszenia tu bardzo dużo (czyżby siedemdziesiąte siódme? albo osiemdziesiąte ósme?). Co ma koszenie do liberatorium? Ano to, że odkąd miałem tę kosę elektryczną i zobaczyłem ile produkuje trawiastej pulpy, ciągle snuła mi się po głowie myśl o zrobieniu z tej pulpy papieru. Czy był to sygnał, a raczej sugestia ocierająca się o polecenie, bym przestał myśleć o głupotach? Czy też zemsta starej, zwyczajnej kosy? Lecz ta nie rdzewieje porzucona i zapomniana w mrocznościach szopy. Czasami ją używam, tam gdzie kabel nie sięga – tylko czasami i krótko, by nie rozdrażnić zanadto kręgosłupa coraz bardziej niechętnego skręcaniu i schylaniu.... Kosiarce pozazdrościła drukarka laserowa i kiedy przechodziła przez nią piętnasta (2 x 7 < 15 < 2 x 8) kartka Kukuryków poczęła okropnie rzęzić i terkotać, zupełnie jakby miała się za chwilę rozpaść. A może oszalała i zaczęło się jej roić, że jest zbożowym kombajnem? Przecież żniwa były wtedy w pełni – zasłuchała się? zapatrzyła? poczuła wibracje? I teraz za każdym razem, kiedy ją włączam tak ryczy, klekocze, trzęsie się i wyświetla komunikat o czerwonym tonerze, którego przecież nie brakuje... A może po prostu załamała się, gdy wreszcie do niej dotarło, iż zamierzałem drukować na niej tylko do wyczerpania się tonerów, by potem ją porzucić, zrezygnować z jej usług, po siedmiu latach wiernej służby. Siedmiu czy ośmiu? Ostatnio zaczęła też lekko niedomagać gilotyna. Podejrzewam, że to efekt cięcia tektury. Zwykle tnę ją nożem, lecz wiosną musiałem jej naciąć wyjątkowo dużo, co zapewne okazałoby się zabójcze dla mojego nadgarstka, więc posłużyłem się gilotyną. Tektura ma jednak zupełnie inną strukturę niż papier – ostrze w niej grzęźnie. Czy to się gilotynie spodobało? Czy zasmakowała w tekturze? Bo teraz tnie papier trochę tak jakby to była tektura. Im szersze cięcie, tym gorzej. Im szersze arkusze, tym bardziej tekturowe się zdają... Może jednak ostrze się po prostu już trochę stępiło. Tnę mało, ale siedem (czy osiem?) lat to siedem (osiem) lat i gdybym tyle papieru co naciąłem przez te siedem (osiem) lat naciął przez rok, to podobne objawy wystąpiłyby po roku... A teraz jeszcze monitor. Tajemnicze prawo serii? Odłączyłem kable od monitora i po chwili znowu je podłączyłem i monitor ożył i mogłem napisać to, co napisałem, a napisałem to tytułem wstępu do rozważań o wiele istotniejszych dla moich książek: toner czy tusz?
Albowiem zamiast zadzwonić do serwisu i próbować ściągnąć kogoś, kto zaglądnąłby do wnętrza laserowego potwora, do tych jego bebechów, które pozostają dla mnie ukryte, o których nawet nie chcę mieć pojęcia, zamówiłem znacznie mniejszą i wielokrotnie lżejszą od laserowego kolosa, lecz obsługującą równie duże formaty drukarkę atramentową z systemem ciągłego zaopatrywania w tusz. Zapłaciłem za nią nawet trochę mniej niż zapłaciłbym za jeden oryginalny toner. To pech, że teraz, po siedmiu (ośmiu) latach, tonery do modelu, który mam są najdroższe ze wszystkich. Nie jest już pechem to, że na koszt eksploatacji drukarki laserowej składa się nie tylko koszt tonerów, ale także bębnów i wielu innych elementów, które trzeba cyklicznie wymieniać, generując przy okazji górę opakowań i zużytych części.
To są jednak problemy natury głównie ekonomicznej. Mimo wszystko drugorzędne.
Są jeszcze problemy natury artystycznej. Wręcz filozoficznej.
Toner jest nakładany na papier. Toner przykleja się do papieru. Toner nie wsiąka w papier. Toner pozostaje na papierze.
Zaś tusz wsiąka w papier. Tusz zespala się z papierem. Tusz jest w papierze.
I co z tego wynika? Ach...... To są fundamentalne problemy trzeciorzędne. Staną się pierwszorzędne dopiero wtedy, gdy toner i tusz otrzymają specjalne zadanie, gdy będą niosły ze sobą konkretne znaczenie, gdy będą miały taką a nie inną funkcję do wypełnienia. Jak kolor. Jak krój czcionki. Jak sposób budowania zdań. Jak dobór przymiotników. Jak łamanie zasad interpunkcji.....
Równie dobrze moglibyśmy zacząć niekończące się dywagacje na temat: pióro czy ołówek czy długopis?
Dlatego zakończymy przypuszczeniem graniczącym z pewnością:
wygląda na to, że teraz w Liberatorium nastanie znowu epoka atramentu

Ciekawe, czy kiedyś nastanie znowu epoka drukarek igłowych. Albo maszyny do pisania.
Ciekawe, kiedy wreszcie wydrukuję stronę, na której litery będą stały... lub wyrastały z papieru jak trawa z ziemi.

Co jest problemem zerorzędnym?
Drukować albo nie drukować.
Oto jest pytanie, na które dzisiaj odpowiedź ciągle jeszcze brzmi: drukować.





luty 2016

To druga zupełnie nie planowana książka. Druga, która pojawiła się znienacka. Pierwszą z tych dwóch, czyli 6/7 rzeczy o drewnie, znalazłem w hurtowni. Zobaczyłem szkicowniki z szarego papieru i powiedziałem: o, jaki świetny papier! wygląda jak drewniany.... Kupiłem ich kilka, przywiozłem do domu – może kiedyś się przydadzą. Przydały się od razu. Drewniany papier. Papier jakby stworzony do traktatu o drewnie. A drewno bywa tu i ówdzie uważane za żywioł. Nie wiedzieć czemu. Podobnie jak metal. Czy mam zatem szukać papieru metalowego? . . . . Ale najpierw zająłem się papierem drewnianym. Przerobiłem Monodrum. Zawsze coś mi w nim nie pasowało. Usunąłem muzykę i zdjęcia. Zostawiłem tylko te trzy opowieści. O ścinaniu drzewa. O rąbaniu pnia. O cięciu gałęzi. I dopisałem jeszcze trzy. O struganiu patyków. O wycinaniu klocków. O wiórkach. I ułamek opowieści o trocinach . . . . . . Tak zaskakująca była ta książka, że nawet nie zaanonsowałem jej pojawienia się. Ale naprawdę pojawiła się. I jest. Czeka na następny traktat o następnym żywiole. O ogniu. To będzie naprawdę żywiołowa książka. Będzie. Czytelnicy będą płonąć ze zniecierpliwienia nie mogąc doczekać się, kiedy nastąpi koniec. Będą się spalać. Popiół z nich zostanie. Żużel. Rzężący zgorzel.
To się zdarzyło kilka miesięcy temu. Potem wydawało się, że wszystko wróciło w normalne koleiny i toczy się po staremu. Jakieś nowe fragmenty do Liberlandii. Codzienna praca nad Ogniem. I nagle kury. Skąd te kury?
Miałem kupić trzyletniemu wnukowi mojego brata jakąś książeczkę na prezent. Księgarnie coraz bardziej mnie przerażają. Wchodzę z ciekawością. Jak zwykle. I od razu, prawie od razu, gubię się. Za dużo. Za dużo. Nie wiem czego szukać. Nie wiem co tropić. Nie wiem przed czym uciekać. Gdzie się ukryć. Dziwne to, ale to jakby już nie był mój świat . . . . . W antykwariacie inaczej. Bo antykwariat ciągle przypomina moją własną domową bibliotekę, w której ogromna większość książek to książki nienowe. Czy dlatego? . . . . . . Wyszedłem. Stwierdziłem, że sam mu zrobię książeczkę. Gdzieś mam jakieś wierszyki. Odszukam je. Zbiorę. I będzie książka.
Odszukałem je. Zebrałem. I nic. Nie było książki. Nie pasowały do siebie. Zatem postanowiłem napisać nowe. I zacząłem pisać. O czym? O kurach. Dlaczego o kurach? Dlaczego nie o rybikach cukrowych? O kurach już pewnie niejeden wierszyk napisano, a o rybikach cukrowych pewnie żadnego. Znam rybiki cukrowe. Widuję je w łazience. W kuchni też. W bibliotece nigdy ich nie widziałem, a podobno gustują także w książkach i potrafią nadgryźć okładkę. Jeszcze ciekawsza byłaby książka o niesamowitych, wręcz demonicznych niesporaczkach... A tu takie trywialne kury. Niech będą kury. Wierszyki zaczęły się mnożyć. Kiedy miałem ich już 11, a może 12, musiałem zrobić książeczkę, bo nieubłaganie zbliżał się termin. Kury rysowałem z pamięci. Zamaszyste były i dosyć abstrakcyjne. Bo jak na złość, mimo ciepła i braku śniegu, żadna nie zawędrowała do naszego ogrodu. Zrobiłem trzy egzemplarze i wydawało się, że to koniec przygody. A to nie był koniec. Przygoda dalej trwała. Kiedy liczba wierszy zbliżała się do trzydziestu, postanowiłem, że wystarczy. Że dosyć. Przecież trzeba zostawić trochę czasu i sił dla rybików cukrowych. I niesporaczków.
Oczywiście pojawił się niezwykle ciekawy problem. Czy da się opisać świat kurzy. Nie z zewnątrz, lecz od wewnątrz. Z punktu widzenia kury. Tak jakby to zrobiła kura, gdyby umiała pisać. Napisać to po kurzemu. Jaki byłby język kurzy? Jakiś by był. Czy dałoby się go potem przełożyć na ludzki? Bo nawet zakładając, że stałbym się na czas jakiś kurą i zapamiętał to przeżycie, jakbym je widział potem w mojej ludzkiej pamięci? Czy w ogóle mógłbym to pamiętać po ludzku?
Kukuryki nie dają żadnych odpowiedzi...





październik 2015

Coraz częściej myślę tak: Niedawno skończyłem sześćdziesiąt lat. I co ja potrafię? Potrafię tylko tworzyć dziwaczne książki niepotrzebne nikomu. Czyli niewiele więcej niż nic. Na tyle niewiele, że stwierdzenie „nic nie potrafię” będzie bardzo bardzo niewiele rozmijać się z prawdą... No tak, całe życie piszę i nie potrafię napisać porządnej książki...
Przypomniała mi się wyczytana gdzieś historyjka o tym, jak Paul Cezanne chciał narysować, lub namalować, tego nie pamiętam, portret swego umierającego ojca. Wtedy żona poradziła mu, że lepiej zrobi prosząc o to jakiegoś porządnego malarza. To nie czas na wygłupy (tego chyba nie powiedziała, ale mogłaby).



październik 2015

Od pewnego czasu poczucie nieopisywalności jest silniejsze niż zwykle. W głowie roi się od słów, a na papierze coraz bardziej pusto. Liberlandia rośnie powolutku. Po opisaniu wody i drewna, zacząłem opisywać ogień. Będę go opisywał do wiosny, do chwili kiedy skończę palić w kotle c/o . . . . . . Czy naprawdę chodzi tu o nieopisywalność? Bo na pewno nie o to, że pracuję coraz wolniej – w tym nie ma nic dziwnego, choć powinienem pracować coraz szybciej, bo czasu mam przecież coraz mniej. Może chodzi o to, że wszystkiego jest za dużo, a będzie jeszcze więcej?
Ach, zapewne chodzi o to, że nie wiem o co chodzi?

Nie. To po prostu CORAZ WIĘKSZA NIEPEWNOŚĆ.
Będąca wynikiem coraz większej świadomości złożoności wszystkiego?
Chyba tak.
Czy to źle?
Chyba nie.


wrzesień 2015

Ta książka pojawiła się znienacka. Nie myślałem o niej. Nie planowałem jej. Nie znaczy to, że spadła ona z nieba. Oto bowiem nagle, nieoczekiwanie jedna książka przekształciła się w drugą. Niczym poczwarka w motyla. Lub larwa w poczwarkę. Tego nie wiem.
Monodrum czyli Traktal o rąbaniu drewna zmienił się w 6/7 rzeczy o drewnie.
Są takie książki, które mogą zmieniać swe ciało, nie zmieniając wszakże swojej duszy (jeśli dzielenie na ciało i duszę ma sens – oczywiście, ma sens, bo wtedy jest łatwiej i prościej o pewnych rzeczach pisać i mówić i te rzeczy sobie wyobrażać, z całą pewnością nie jest jednak prawdziwiej). Monodrum też kiedyś zmienił ciało nie zmieniając duszy. Aż nagle przeistoczył się całkowicie. Nie ma płyty DVD, nie ma zdjęć, nie ma bębnienia. Książka-płyta stała się książką-książką.
Ciekawe w co się przeistoczy ta książka-książka?
W co przeistacza się motyl?

Monodrum miał być książką bębnioną. Książką-koncertem. Nie miał być książką-płytą, a tym się stał.
Pomysł napisania traktatu o rąbaniu drewna pojawił się już w Łysopisach, a więc znacznie wcześniej niż pomysł zagrania czegoś w rodzaju monodrumu. To miałby być traktal (w myśl następującego równania: traktat + fraktal = traktal), a kiedy wreszcie ten traktal powstał okazał się nieomlże opakowaniem płyty, która miała pokazać taniec rąk nad bębnami. Wszystko się pomieszało.
Teraz monodrum jest monodrumem (i będzie już tylko tym – jeśli go jeszcze kiedyś zagram), a traktal traktalem.
Motyl wyfrunął z gablotki.




styczeń - luty - marzec 2015

Kiedy dziewięć (dziewięć?!) lat temu pokazywałem książki w tym samym oknie, przygotowałem specjalną wystawę – stare maszynopisy, pierwsze wydruki, zeszyty z notatkami, różne wersje poszczególnych tytułów.... Napisałem specjalny tekst.
Teraz, tym razem, nie przygotowałem nic. Po prostu przywiozłem książki. O wiele więcej książek, choć tylko najnowsze ich wersje. A i tak nie wszystkie się zmieściły. Nie napisałem żadnego specjalnego tekstu. Bo i cóż tu objaśniać? Trochę też dlatego, że propozycja zaskoczyła mnie i nie było czasu na nic poza dodrukowaniem kilku egzemplarzy.
Tak. Cóż tu tłumaczyć. Wydawałoby się, że nic. Czy jest lepsze miejsce dla książek, niż okno wystawowe księgarni (antykwariatu)? Oczywiście, że tak – ręce czytelnika... Lecz wróćmy do okna. Do księgarni (antykwariatu). Tyle książek dookoła. A wśród nich moje. Wydawałoby się, że to spełnienie marzenia. Wydawałoby się.... Ileż to razy, kiedy wchodzę do księgarni i widzę te wszystkie książki dookoła myślę: i tu, między nimi, miałyby być moje? jak by one tu wyglądały? czy by pasowały? chyba by nie pasowały, one jakieś takie dziwne, inne... To gdzie by pasowały? Gdzie jest ich miejsce? Tylko tu? W Liberlandii?




sierpień 2014

Pewnego bardzo ładnego sierpniowego dnia, aczkolwiek rano nad głowami kłębiły się chmury i równie dobrze ten dzień mógł być bardzo brzydki, otworzyliśmy czytelnię. Wreszcie – albowiem pomysł, by gdzieś tu znajdowało się jakieś miejsce, w którym ktoś mógłby swobodnie, bez skrępowania, nie przeszkadzając nam i przez nas nie niepokojony, posiedzieć trochę i  poczytać książki, a gdyby mu się one spodobały, to w przypływie szaleństwa nawet którąś z nich kupić... taki pomysł mieliśmy od dawna, lecz dopiero teraz udało się takie miejsce przygotować. Otwarcie było dosyć huczne, aczkolwiek próżno byłoby szukać o nim jakiejś wzmianki gdziekolwiek; nie ukazały się również żadne zapowiedzi. Zaprosiliśmy tylko znajomych i przyjaciół, co z punktu widzenia promocji tego miejsca było posunięciem kompletnie absurdalnym, miało ono jednak pewną ogromną zaletę: znajomym nie trzeba było niczego tłumaczyć. Przyjęta strategia promocji minimalnej, czyli sprowadzającej się do lakonicznej informacji i rozpowszechniania jej tak zwaną pocztą pantoflową, wcale nie musi być strategią złą. Trudno nie zauważyć, że czasu jest coraz mniej, szkoda więc go tracić i trwonić. Raczej należy go oszczędzać. Oczywiście liczenie na to, że trafi tu jakiś zbłąkany czytelnik, może okazać się szczytem naiwności. Jednak i w tym szaleństwie, jak w każdym, jest pewna metoda. Jaka? Nie wiadomo. Może taka, że dotarcie tu będzie swoistą próbą, wręcz rytuałem przejścia czy raczej dojścia.... Rozważamy wydrukowanie ulotek. Jeśli już tę sprawę rozważymy, to zapewne wydrukujemy je na początku zimy. Wiadomo, że kiedy zimową porą podróżny...
Kilka dni przed otwarciem czytelni z powodu ulewnego deszczu odłamał się wielki konar starej jabłoni. Na ciągle jeszcze zielonych liściach napisałem białą farbą:

przez piekło burzy
do nieba poezji
a potem na stos
ach cóż to za los
co niszczy i nuży


Odnalezienie wiersza, nauczenie się go na pamięć i wyrecytowanie miało być biletem wstępu do czytelni. Co prawda nikt biletów nie sprawdzał, ale widać było, że niektórym gościom wejście w posiadania takiego biletu sprawiało niekłamaną przyjemność, co należy odnotować z przyjemnością równie niekłamaną.

Po czym zagrałem z moim przyjacielem, Mieczysławem Litwińskim (skrzypkiem i śpiewakiem, jak również wielkim miłośnikiem książek) koncert urodzinowy na tarasie – nie tylko z powodu urodzin czytelni, lecz naszych wspólnych, już 118 (tak się bowiem złożyło, że Mieczysław jest ode mnie, Radosława, starszy tylko o niecały miesiąc).





cz
erwiec 2014


Założyliśmy konto na Facebook'u. Od kilku dni zastanawiam się, co napisać. Dzisiaj rano wydawało mi się, że wiem, ale kiedy zabrałem się do pisania, to okazało się, że jeszcze nie wiem. Chyba napiszę, że nie wiemy po co założyliśmy to konto. Mamy ponoć zamiar otworzyć galerię książki autorskiej – skoro nie mam już sił ani ochoty ani pieniędzy, żeby jeździć z książkami po różnych targach, festiwalach i wystawach, czyli do ludzi, to niech ludzie przyjeżdżają do książek. Zamiar ciągle jest tylko zamiarem. Kto tu będzie przyjeżdżał? No kto? Na razie zaczęliśmy trochę porządkować ogród. Bo dżunglą stał się niemiłosierną. Czy w tych mroczno-zielonych tunelach postawimy ławki, by na nich siadywali zbłąkani czytelnicy zdumieni, że jednak te dziwne książki da się czytać?



cz
erwiec 2014

Poproszono mnie o przygotowanie bibliografii moich książek. Przygotowałem. Miała ona uwzględnić także dzieła powszechnie nieznane. Uwzględniła. Rozumiem, że chodziło o te książki, które z różnych powodów nie są wymienione na stronie internetowej Liberatorium. Zatem takie, które na przykład są unikatami i unikatami pozostaną (bo muszą), albo takie, które są maszynopisami i maszynopisami pozostaną (bo muszą – bo się do niczego innego nie nadają). Zaglądnąłem do tych maszynopisów. Właściwie byłem trochę zdziwiony, że ciągle jeszcze są, bo powinno ich nie być. Wiele lat temu zrobiłem remanent. Przeczytałem wszystkie maszynopisowe praksiążki (lub protoksiążki) i stwierdziłem, że nie ma w nich niczego takiego, co usprawiedliwiałoby ich istnienie. Spełniły swoje zadanie i mogły odejść w niebyt. Z muzyką nie ma tego kłopotu, bo jeśli się jej nie nagrywa, to nic po niej nie zostaje. Nic nie pozostaje po godzinach żmudnego ćwiczenia. Maszynopisy jednak zostają. Tak jak zostają nieudolne szkice. Prośby, błagania i groźby autora żeby nie publikować, nie pokazywać ich po jego śmierci na nic się zdają. Zatem trzeba posprzątać za życia. I posprzątałem. Teraz okazało się jednak, że nie wszystko. Kilka maszynopisów zostało w bibliotece rodziców i ujawniły się w czasie likwidowania ich starego mieszkania. Przez dłuższy czas skłaniałem się ku temu, żeby jednak je zachować. Zastanawiałem się, jak je wykorzystać. Szczególnie te opisujące moje wczesne i jakże szalone podróże. Żeby nałożyć na te stare opisy teraźniejsze komentarze. W końcu stwierdziłem, że to nie są dobre pomysły. Że za tymi pomysłami kryje się jakiś zgniły sentymentalizm. Nic się nie stanie, jeśli te opisy znikną. Znikną tylko nieudolne, momentami porywające, momentami rozhisteryzowane, w większości nieznośne opisy. Nie znikną obrazy, które noszę w głowie. Sprawdziłem. Ciągle tam są. Ciągle bardzo wyraźne. Na tyle wyraźne, że mogę te podróże opisać jeszcze raz. Kiedyś. Lepiej. Kiedy będę mógł podróżować tylko przez moją pamięć. A jeśli nie będę mógł podróżować także i przez moją pamięć, to też się nic nie stanie. Podobno nie należy mnożyć bytów bez potrzeby, a ja już ich namnożyłem. I tak w piękny, gorący czerwcowy dzień zamieniłem cały stos lekko pożółkłych kartek w kupę czarnego popiołu. To lepszy los, niż gdyby potem ktoś bez końca miał się nad nimi pastwić, próbując przy ich pomocy rozwiązywać zagadki mojej dziwacznej twórczości.
Zostawiłem tylko dwa. Te najpierwsze. Choć i tu zastanawiam się, czy nie zostawić tylko jednego, ale one jakoś są ze sobą związane. Jakoś. One są ważne dlatego, że są dziwne. Pierwszy tekst i od razu dziwny. Pierwszy tekst i od razu wymyślony jako całość, nie jako tekst, lecz jako dzieło: kartki zostały zszyte nie z boku, lecz u góry, zaś blok tekstu był poszarpany z obu stron. Bo ten tekst miał płynąć jak rzeka, miał być rzeką o brzegach zarośniętych rysunkami.... Rysunki nie powstały. Natomiast zaraz po tekście płynącym jak rzeka (albo tuż przed) powstał tekst, przez który jechał pociąg, bowiem miał on być podróżą pociągiem... Na szczęście oba są krótkie. Bo i rzeka okazała się strumykiem, i pociąg szybko do celu dojeżdżał




kwiecień 2014

Koncert chromatyczny – co za dziwna książka: skończona, a jakby nie skończona. Wszystkie inne moje książki są skończone. Bez żadnego „jakby”. Zamknięte. Nawet jeśli mają błędy, a mają ich wiele, to najwyżej czasami któryś błąd poprawię, jeśli go wytropię i jeśli da się go poprawić. Nawet jeśli niektóre otrzymały po jakimś czasie nowe „ciało”, to ich „duch” pozostał taki sam (Hasa rapasa z kwadratowego trójkąta przekształciła się w pięciokątny trapez, zaś trzecia część Nieopisania świata występuje aż w trzech wersjach: harmonijkowej, klepsydrowej i kalendarzowej – ta pierwsza i pierwotna już nie będzie robiona jako zbyt skomplikowana i pracochłonna, ta druga też nie, choć rezygnacja z niej ani nie jest ostateczna ani nie do cofnięcia). Koncert chromatyczny skończyłem, wydrukowałem, oprawiłem i od razu pomyślałem, że mógłby być zupełnie inny. Że chyba nie jest taki jaki być powinien. Zacząłem się zastanawiać jaki być powinien i zastanawiam się ciągle. Na przykład problem tekstu znikającego, zanikającego, ubywającego, nie został rozwiązany właściwie – ciągle jednak nie wiem na czym miałoby polegać właściwe rozwiązanie tego problemu: czy miałyby znikać litery czy wyrazy? znikać całkowicie, czy tylko zanikać? jak doprowadzić opowieść do milczenia nie przestając opowiadać? Teraz zapewne wszystko co będzie się wiązało z tą książką, będzie nie takie jak być powinno. Pierwsza publiczna prezentacja Koncertu nie była taka jak być powinna – nie wiadomo kiedy, jak i dlaczego wszystko zaczęło dziać się nie tak jak powinno, czyli nie tak jak to sobie wymyśliłem. Może nie powinienem niczego wymyślać.... Tak jak nie powinienem oczekiwać, że oto wszyscy zaczną głośno o Koncercie rozprawiać, wychwalając go lub ganiąc. Nie powinna zapaść cisza, a zapadła.... Przecież powinna zapaść. Przecież Koncert chromatyczny, jak każdy koncert, kończy się ciszą. Wszak nie może kończyć się inaczej. Zakładając, że coś takiego jak cisza istnieje...




lipiec 2013

Niedawno odkryłem, że jednak mogę drukować okładki. Do tej pory wydawało mi się, a nawet byłem co do tego głęboko przekonany, że nie mogę drukować okładek, że to jest niemożliwe. A tymczasem okazało się to bardzo łatwe. Oczywiście, kiedy okładki zrobione są z kolorowych kartonów drukuję na nich tylko tytuł, nazwisko i logo. W zupełności wystarczy. Ascetyczność jak najbardziej wskazana. Minimalizm mile widziany. Nadruk bardziej mi się podoba od naklejki. Przynajmniej teraz. Drukowanie okładek wymaga jednak prostego logo. I raczej jednokolorowego. To dotychczasowe jest zbyt skomplikowane, ma za dużo cienkich kresek. Wróciłem więc do litery B. B leżące na plecach udaje otwartą książkę. Lecz nie tylko. Można się w nim dopatrzeć różnych rzeczy. Na przykład zarysu nieopisanej góry. B leżące na plecach jest czymś więcej niż tylko przewróconą literą.... Takie B towarzyszyło mi od dawna, więc żadnej rewolucji nie zrobiłem. Kiedyś było pieczątką, którą przybijałem na pudełkach do książek. Teraz jednak znalazłem inne B. Bardzo ciekawe. Przypomina jeszcze więcej rzeczy. To dobrze. Czeka mnie więc mały „reBranding”. Bardzo miły.




kwiecień 2013

Brałem udział w niewielkich, kameralnych, lokalnych targach książki. Książki literackiej. Czyli tylko poezja i proza. Tylko kilku miejscowych wydawców i pisarzy. I jakimś dziwnym trafem ja byłem w jednej sali – oni w drugiej. Może dlatego, że moje książki były większe i było ich więcej, potrzebowały zatem więcej miejsca. Taka topografia uzmysłowiła mi, jak inne są moje książki, mimo wszelkich starań, by uznawano je za nie-inne. One są jednak z innego świata. Z Liberlandii. Teraz będę mógł wygłaszać wykłady o historii i istocie literatury liberlandzkiej.



styczeń 2013

Postanowiłem napisać powieść.... Albo: powieść postanowiła, że to ja ją napiszę.... To znaczy: weszła powieść do mojej głowy i tam siedzi, nie chce stamtąd wyjść, więc napisanie jej to jedyny sposób, żeby się jej stamtąd pozbyć.... Dobrze. Niech będzie. Wybrała mnie. To jej sprawa. Obawiam się, że będzie tego żałować, bowiem to jest, czy raczej ma być, zupełnie normalna powieść, a ja przecież nie potrafię pisać zwyczajnych, normalnych powieści, nigdy nie nauczę się pisać takich powieści, więc nawet nie próbuję się uczyć, bo to byłaby tylko strata czasu. Napiszę tę powieść, a wtedy okaże się, że to wcale nie jest zwyczajna, normalna powieść, że to w ogóle nie jest powieść, jak zwykle jest to nie-wiadomo-co. I wtedy ta powieść pójdzie sobie precz szukać kogoś innego kto ją napisze tak jak trzeba.
Najprawdopodobniej powieść będzie nosiła tytuł „Koncert chromatyczny na pianino”. Albo tylko „Koncert chromatyczny”. Będzie opowiadała o pewnym człowieku, który postanawia zagrać wszystkie możliwe skale. Zaczyna od pełnej chromatyki, a potem odejmuje kolejne dźwięki. Lecz to wcale nie będzie kolejna opowieść o tym, jak zorganizować sobie życie, żeby się nie nudzić, żeby je wypełnić, pozornie nadając mu jakiś sens. Będzie to kolejna opowieść o pewnym człowieku, który wcale nie przejmuje się tym, że życie (jego i w ogóle życie) nie ma sensu, jak również nie ma sensu poszukiwanie tego sensu. Po prostu cieszy go samo granie. To będzie opowieść o tym, jak wspaniale jest ćwiczyć skale, o nieustannej pogoni lewej ręki za prawą (i odwrotnie), o nieustannej ucieczce prawej ręki przed lewą (i odwrotnie). Może nawet o ekstazie ćwiczenia? Albo o czymś zupełnie innym.... Oczywiście wcale nie należy oczekiwać, że kiedy wyćwiczy już wszystkie skale, to umrze, albo osiągnie stan oświecenia, albo przynajmniej nastąpi koniec świata. Zupełnie nie wiadomo czego należy i nie należy oczekiwać... O co więc w tym wszystkim chodzi? Żeby stworzyć dzieło tyleż zachwycające co niepotrzebne? Taki byłby jego koncert, a raczej jego ćwiczenie – taka będzie moja książka. Cóż za zachwycająca, ekstatyczna wręcz adekwatność... Och, będzie jak będzie. W każdym razie pierwsze zdanie brzmi tak:

Przede mną siedem oktaw, osiemdziesiąt pięć klawiszy: trzydzieści pięć czarnych i pięćdziesiąt białych.





czerwiec 2012

Odwiedziłem kiedyś artystę, który wszystko co tworzył, zamieniał w książki. Szkice, zapiski, wiersze, druki, odbitki, notatki, komentarze rysowane i pisane – łączył to w cykle, w serie, zszywał, sklejał, gromadził w teczkach, czasami tworzył z tego instalacje i obiekty. Stosował najrozmaitsze formaty i techniki, malarskie, graficzne, nawet ceramiczne, choć zdecydowana większość tekstów, bardzo ciekawych, była napisana zwykłym ołówkiem, szybko, swobodnie, lecz nadzwyczaj czytelnie, czego mu zazdrościłem. Materiały też były bardzo różnorodne, chociaż rozglądając się po jego pracowni wcale nie odnosiło się wrażenia obcowania z chaosem, z wyprawą na śmietnisko. Była bowiem w tym szaleństwie metoda i zapewne ona sprawiała, że dzieła tak pozornie od siebie odmienne pasowały niczym fragmenty jednej układanki. Chyba wszystkie książki (lub prawie-książki) były unikatami i było ich tam ponad tysiąc. Ich ilość przerażała nawet samego twórcę, albowiem w pewnej chwili wskazał nieokreślonym gestem na przepełnione półki i zadał pytanie, bardziej sobie niż mnie, które zapewne zadaje sobie przynajmniej raz dziennie: no i co z tym wszystkim zrobić? A po chwili zastanowienia zadał kolejne pytanie, które miało formę czegoś więcej niż przypuszczenia, było rodzajem niepewnego stwierdzenia: czasami odnoszę wrażenie, że to jest jedna wielka książka, że ja tylko dopisuję do niej kolejne strony, kolejne kartki, ciągle nie mogę jej skończyć, ciągle nie wiem jak te wszystkie kartki złożyć, nie wiem jaka ma być ta wielka książka.... Wtedy mogło mi się wydawać, że ta uwaga mnie nie dotyczy, lecz teraz, kilkanaście lat po tym spotkaniu, zaczynam odczuwać podobny niepokój. Bowiem jeśli książka jest biblioteką, w której książkami są litery, słowa i znaki, i jeśli biblioteka jest książką, w której literami, słowami, znakami są zgromadzone w niej książki (a nie widzę powodu dla którego tak właśnie miałoby nie być), to jaką książką jest biblioteka moich książek? A jeśli nawet biblioteka moich książek miałaby być jednym zaledwie zdaniem, jakimś drobnym, haikalnym poemacikiem (bo przecież nigdy nie dogonię wspomnianego wyżej artysty – musiałbym chyba żyć tysiąc lat, a kto wie czy nie dłużej), to ciekawe, co to będzie za zdanie. Czy da się już coś odczytać? Jeśli nie jest to tylko chaotyczny zbiór słów jeszcze niewystarczający do tego, by się ułożyć w poemat. A co jeśli ułoży się w nudny słownik wyrażeń nieudolnych? Nie można przecież wykluczyć takiego rozwiązania. Nie można też wykluczyć, że to co zrobiłem dotychczas, to tylko przecinki, kropki, myślniki, znaki zapytania, nawiasy. Zdecydowanie nie można.




marzec 2012

Odwiedził mnie pewien artysta. Od niedawna znajomy. Zapewne od dawna książkowy, choć chyba nie tylko. Ów artysta wykłada na Akademii i teraz będzie robił habilitację – wnet będzie zatem docentem (jeśli jeszcze docenci istnieję, nie wiem, może coś się pozmieniało nawet w skostniałym akademickim świecie), a potem profesorem. Jako temat wykładu habilitacyjnego wybrał moje książki. Przyjechał więc porozmawiać o nich. Pierwsze pytanie jakie zadał było niezwykle interesujące: dlaczego moje książki mają tak bogate wnętrza, a tak ubogie zewnętrza? Oczywiście spostrzeżenie to nie dotyczy tych książek, których okładki są po prostu wynikiem, wypadkową, ich przestrzennej struktury – dotyczy ono głównie książek, które mają zwykłą kodeksową formę i mogłoby mieć okładki znacznie mniej zgrzebne. Trafność tego spostrzeżenia ujawnia się z jeszcze większą mocą, kiedy pomyślimy o kontekście: otóż, absolutna, zdecydowana i przytłaczająca większość książek jakie widzimy w księgarniach ma bogate zewnętrza, a dosyć ubogie wnętrza, lub inaczej: ma znacznie bogatsze zewnętrza niż wnętrza.
Zaskoczył mnie. Przez chwilę myślałem, a potem powiedziałem:
Jak zwykle przyczyn jest kilka. Od samego początku okładki była poważnym problemem. Wydaje się, że głównie technicznym. Okładka musi być w miarę sztywna. Dosyć gruba. Znacznie grubsza niż kartki w środku. Przez długi czas robiłem do swoich książek kodeksowych okładki z płótna. Domowe drukarki nie potrafią drukować na płótnie. Na początku próbowałem naklejać na płótno jakieś aplikacje, które pełniłyby rolę symbolu-tytułu. Dosyć szybko przestałem i pozostałem przy kolorach. I tak już jest. Materiał jest nieistotny, karton czy płótno – obojętne, okładka musi być zielona, albo czerwona, niebieska, brązowa, czarna... Kolor jest istotny, bo kolor jest symbolicznie, semantycznie, estetycznie powiązany z wnętrzem książki... To dziwne, ale nigdy nie myślałem o obwolutach – te przecież mógłbym drukować, no ale nie mógłbym ich lakierować... Lecz przyczyna nietechniczna jest bardziej interesująca. Po prostu nigdy nie wiedziałem, co umieścić na okładce. Jak również czy umieszczanie czegokolwiek miałoby sens. A skoro w głowie pustka, to i okładka pusta... Zapewne też są te zgrzebne okładki jakimś powidokiem dawniejszych okładek, które jeśli były kartonowe to miały wydrukowane tylko tytuł i nazwisko autora, czasami w ozdobnej, esofloresowej ramce, a jeśli były twarde, płócienne, jedwabne lub skórzane, to miały coś wytłoczone, z reguły litery... To chyba tyle. Czy mógłbym coś dodać? Ach, opowiem ci historię o tym jak chciałem, by jedna z moich książek, ten dwuksiąg klepsydrowy, miała okładkę w środku i jak mi się nie udało tego zrobić....




styczeń 2012

Na wystawie w Płocku spotkałem mojego znajomego, artystę grafika, który czasami robi też książki. Cenię to co robi za swoistą czystość i delikatność. Taka też była książka, którą zaprezentował. Jak zwykle też poza tytułem nie zawierała żadnych słów. On również z zainteresowaniem oglądał moje ostatnie książki, widujemy się bowiem rzadko, raz na kilka lat. Powiedziałem mu, że z powrotem dosyć dużo rysuję, chociaż nie tyle ile bym chciał, i że w następnej książce będzie pewnie tyle samo rysunków co tekstu, aż wreszcie może zrobię książkę, w której będą same rysunki, aczkolwiek opatrzone haikalnymi tytułami. On wtedy żartobliwie wypomniał mi, jak to wiele lat temu oglądając jego wystawę stwierdziłem, może nawet z pewnym lekceważeniem, że książka bez tekstu to nie książka.... No tak. Tak było.... Tylko, że chodziłoby mi o taki rysunek, który jest jak pisanie. Który jest pisaniem. Który jest tekstem. Żeby między narysowaniem a opisaniem widoku z okna nie było różnicy. Zatem ta książka powinna być RYSOPISEM we właściwym i dosłownym tego słowa znaczeniu.
Na razie ta następna będzie mapą. Mapą napisaną-narysowaną, jak to jest w przypadku mapy bywa. Czasami w moich książkach pojawiały się strony-mapy. Zawsze marzyłem jednak o tym, by zrobić książkę-mapę. Prawdopodobnie będzie ona nosić tytuł Pochwała płaskiego.





grudzień 2011 – styczeń 2012

Każda moja książka ma swój początek w jakiejś poprzedniej mojej książce. Jej zalążkiem może być słowo, zdanie, myśl, układ strony. Potem ten zalążek, jak to zalążek, rośnie, powoli lub szybko. Czasami przybiera formę przetrwalnikową i drzemie, zbiera siły, dojrzewa. Potem nagle wybucha, rozkwita i jest nowa książka – jak te rośliny, które czekają ukryte pod powierzchnią ziemią, aż pożar oczyści ją ze wszystkiego co zielone i wtedy one rosną jak szalone, by zdążyć przed innymi roślinami, które niechybnie się tu pojawią niesione wiatrem lub w brzuchach ptaków, by jeszcze raz skolonizować żyzne pustkowie.... Zachłysnąwszy się tym jakże atrakcyjnym porównaniem należy jednak otrząsnąć się i zadać pytanie: a skąd wzięła się pierwsza książka? Wbrew oczekiwaniom odpowiedź na to pytanie jest nadspodziewanie łatwa: z rozmaitych tekstów pierwotnych, które nigdy nie stały się książkami, które zachowały się lub nie w starych zeszytach i maszynopisach, może jednak okazać się, że akurat ten tekst, w którym pojawiło się to jedno słowo, to zdanie lub myśl-zalążek, zaginął, tak jak dawno przepadły słowa i zdania mówione, które przecież bez wątpienia poprzedzały te napisane – nie można jednak wykluczyć i tego, że ważniejszy od nich był jakiś rysunek, bazgroł poczyniony niezdarną jeszcze ręką.
Jeśli rzeczywiście tak jest, to moja nowa książka nie jest moja, ponieważ nie ma ona początku w żadnej z moich poprzednich książek. Czyli wreszcie pojawił się wyjątek, który potwierdził regułę. Otóż ta książka pojawiła się absolutnie nagle. Z zewnątrz. Nie była oczekiwana. Nie była planowana. Nie miała swojego zalążka, ani jakiegokolwiek ziarna cierpliwie we mnie dojrzewającego, kumulującego energię i czekającego na swój nieuchronny czas. Pewnego dnia zobaczyłem na ekranie mojego komputera szkice wykonane techniką sumi-e przez Venantiusa. Przedstawiały one tańczących ludzi.... Co ciekawe, nie potrafiłbym teraz wytłumaczyć jak to się stało, że zobaczyłem właśnie te rysunki, dlaczego spośród dziesiątków innych venantiusowych rysunków wyświetliły się właśnie one. Trudno podejrzewać, że było to wynikiem jakiegoś knowania, dalekosiężnych spekulacji i skomplikowanych intryg. Nie było też chyba wynikiem naszego spotkania, do którego doszło kilka lat temu i które trwało kilka godzin i w czasie którego na pewno nie rozmawialiśmy o tańcu, balecie czy butoh. Zapewne rozwiązywanie tej zagadki mogłoby być tematem intrygującej książki, zgoła sensacyjnej, która może nawet sprzedałaby się w wielotysięcznym nakładzie, a nie w kilku egzemplarzach ręcznie robionych... może nawet ktoś odważyłby się sfilmować tę niebywałą historię.... Nie będę jednak zajmował się tą zagadkę, albowiem czekają na mnie inne, dużo bardziej fascynujące zagadnienia.
Tak więc zobaczyłem te rysunki, a chwilę później w mojej głowie była już gotowa cała książka. CorrespondAnce. O korespondencji umysłu i ciała. Obrazu i tekstu. O tym jak umysł tańczy z ciałem. O tym jak tekst tańczy z obrazem.
Miało to wyglądać tak, że na początku tekst miał być zdecydowanie i wyraźnie i bez wątpienia tylko tekstem, a rysunek rysunkiem. Z każdą następną stroną to rozróżnienie stawałoby się coraz bardziej wątpliwe – tekst coraz bardziej miał przypominać rysunek, a rysunek coraz bardziej stawać się tekstem, aż w końcu stopiłyby się w jedno. Tak miało być, ale tak nie jest. To znaczy jest tak tylko częściowo. Czyli jak zwykle mi się nie udało. Co dobitnie świadczy o tym, że jednak jest to moja książka. Znaczy to także, że ta książka staje się kolejnym zalążkiem innych książek. Ciekawe jakich.

Venantius J. Pinto jest hinduskim artystą mieszkającym na stałe w Nowym Jorku. Chciałem wyrazić ogromną wdzięczność za jego talent i za jakże wielką otwartość głowy i serca.




wrzesień 2011

Wreszcie wydarzyło się to, co mogło i powinno wydarzyć się już dawno temu. Wreszcie jest powód do dumy i prawdziwego zadowolenia. Albowiem wreszcie ktoś chciał i próbował ukraść moje książki. Zapewne większa duma by mnie rozpierała, gdyby kradzież zakończyła się sukcesem, tym bardziej, że chodziło tylko o Nieznaki drogowe i Traktat kartkograficzny, czyli o książki których zrobienie nie jest zbyt skomplikowane, więc żal spowodowany ich stratą z pewnością nie zagłuszyłyby poczucia satysfakcji. Zdarzyło się to podczas prezentacji-wystawy, która miała miejsce w ramach kilkudniowej konfrontacji sztuk rozmaitych w pewnym ośrodku kultury. Książki odnalazły się w sąsiednim pomieszczaniu (takim o charakterze biurowo-klubowym). Zostały tam wyniesione przez dwie młode osoby, które również brały udział w owych konfrontacjach, i które stwierdziły, że „chciały sobie je poczytać w bardziej spokojnym miejscu”; nie powiedziały jednak, że zamierzały je odnieść – co zatem zamierzały z nimi zrobić? Nie wiadomo. Raczej trudno domniemywać, że chciały je zniszczyć, podrzeć i spalić. Bardziej prawdopodobne jest to, że potem przeniosłyby je w „jeszcze spokojniejsze miejsce”, żeby czytanie dokończyć. Niemniej jednak to tylko domniemania. Bynajmniej nie niemiłe.




kwiecień 2011


Jak widać minął już rok od ostatniego wpisu. Z tego jakże prostego faktu można by wysnuć kilka daleko bardziej skomplikowanych wniosków. Na przykład taki, że ten blog (jeśli jest to blog – to, że coś się nazywa blog, lub jest pod taką nazwą przedstawiane, wcale nie świadczy o tym, że jest to właśnie blog; nazwy bywają przecież bardzo złudne) należy do najgorszych i najnudniejszych. Trudno jednak oczekiwać, że nie będzie on nudny, skoro życie książek do najciekawszych nie należy. Absolutna większość z nich absolutną większość tego życia spędza stojąc nieruchomo na półce. Nawet proces powstawania książki (chociaż sam w sobie niezmiernie fascynujący – to stopniowe materializowanie się tego, co było chmurą niewyraźnych myśli w głowie twórcy) też jest nudny; gdyby ktoś chciał nakręcić film rzetelnie opowiadający historię powstania jakiejś książki, to przez dziewiętnaście dwudziestych tego filmu na ekranie powinniśmy oglądać piszącego pisarza; co prawda mógłby on wykonywać różne inne drobne, mniej lub bardziej dramatyczne czynności jak rozmowa przez telefon czy picie herbaty, lub też wpadanie w zachwyt albo we wściekłość, przede wszystkim jednak stukałby w klawiaturę albo coś bazgrał w zeszycie, w zależności od upodobań, przyzwyczajeń i konieczności. Niestety, książki nie piszą się same, a ilość literek i ułożonych z nich słów potrzebnych do stworzenia średnich rozmiarów książki jest przeogromna. No a jeśli dodać do tego jeszcze różne inne zabiegi edycyjno-kompozycyjne, to już szkoda nawet o tym mówić i pisać...
Czasami jednak zdarzają się zawirowania zgoła niewytłumaczalne. Ponieważ jednak zdarzają się one bardzo rzadko (znacznie rzadziej niż wpisy na tym blogu), równie rzadko należy o nich wspominać – oczywiście jest zupełnie inaczej, albowiem ludziom wydaje się, że właśnie tylko te zawirowania są ważne i to one tworzą historię, w związku z tym tylko one zasługują na opisywanie. Co więcej, z takich to wydarzeń wznosi się niebywałe konstrukcje, przy których domki z kart są budowlami solidnymi niczym egipskie piramidy; co dziwne, lecz bardzo logiczne i niezwykle łatwe do wytłumaczenia, owe konstrukcje bywają trwalsze od piramid – no cóż, nie są przecież chłostane piaskowymi biczami pustynnych wiatrów...
A oto takie właśnie wydarzenie.
Po jak zwykle nudnym i żmudnym oraz absolutnie fascynującym procesie tworzenia, wreszcie zrobiłem pierwsze egzemplarze nowej książki NOrWAY TO KVIKAKO. Ponieważ obiecałem, że wyślę książkę tam, gdzie zrodził się jej pomysł (lecz nie tam, gdzie dzieje się jej akcja, czyli do miejsca, które ona opisuje, albowiem to miejsce tylko w przybliżeniu znajduje się tam) czyli do Mundal we Fjaerland w Norwegii, tak też zrobiłem. Postanowiłem wysłać dwa egzemplarze. Każdy zapakowałem do takiej samej bąbelkowej koperty, napisałem ten sam adres, zapłaciłem tyle samo za każdy list i nakleiłem tyle samo takich samych znaczków. Nie wiem, czy pieczątki zostały przybite w tych samych miejscach – nie zwróciłem na to uwagi, a powinienem, gdyż to mógł być powód późniejszych wydarzeń. I takie dwa bliźniacze listy poleciały-pojechały-popłynęły na północ. (Dlaczego wysłałem książki oddzielnie? Dokładnie nie wiadomo. Względy finansowe nie były najistotniejsze, aczkolwiek pani na poczcie poinformowała mnie, że wysyłając je razem, już jako paczkę, zapłacę więcej, co, jak się później okazało nie było prawdą – czy świadczyłoby to zatem o umyślnym wprowadzeniu mnie w błąd? raczej nie, gdyż od początku miałem zamiar wysłać książki oddzielnymi listami.) Oczekiwałem, że wysłane razem, w tej samej minucie, przybędą do Mundal także razem, jeśli nie w tej samej minucie, to przynajmniej tego samego dnia. Kiedy po kilku dniach otrzymałem wiadomość, że do celu dotarła tylko jedna książka, przypomniała mi się historia sprzed kilku lat. Wówczas też wysłałem dwie książki identycznie zapakowane i tak samo zaadresowane, tyle że do innego kraju. To były dwie „Ulice”. Dotarła tylko jedna. Ponieważ książki zostały kupione, wysłałem kolejny egzemplarz w miejsce tego zagubionego – dotarł bez przeszkód. Jakież było moje zdumienie, kiedy po kilku tygodniach ów zagubiony egzemplarz został dostarczony przez listonosza do mojego domu. Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się stało, jaki był powód nie doręczenia drugiego listu – wyglądało to tak, jakby ktoś na poczcie widząc dwie takie same przesyłki zdecydował, że to za dużo, że jedna wystarczy, że wysyłający pomylił się i trzeba jego błąd naprawić... Czy historia powtórzy się? Zobaczymy. Teraz muszę wysłać trzecią książkę do Mundal. Być może to jest warunkiem powrotu tej drugiej do domu. A co się teraz z nią dzieje? Fruwa gdzieś? Jedzie? Płynie? Leży w magazynie czekając na ratunek? Ktoś ją czyta?... Czy oprócz wysłania trzeciej książki powinienem też rozesłać list „gończy”? Uciekła mi książka. Donikąd. Ktokolwiek ją widział proszę o kontakt.




kwiecień / maj 2010

Z pewnym opóźnieniem, ale też i z pewną satysfakcją, zawiadamiam, że Hasa Rapasa nie zdobyła żadnej nagrody, ani nawet wyróżnienia na pięćdziesiątym konkursie na najpiękniejszą książkę roku organizowanym przez PTWK. Podczas omawiania wyników na spotkaniu z uczestnikami konkursu jury stwierdziło, że zupełnie nie rozumie o co w tej książce chodzi i dlaczego jest taka dziwaczna. Na sugestię, że aby zrozumieć o co chodzi, trzeba tę książkę przeczytać, jury odpowiedziało, że nie czyta książek zgłoszonych do konkursu. Dalsza rozmowa, jak również tłumaczenie zasad geometrii magiczno-dziwacznej (książka ma kształt trapezu pięciokątnego), nie miało sensu.
Ciekawe: omawiając album unikalnych kolorowych diapozytywów z żydowskiego getta z czasów drugiej wojny światowej, jury stwierdziło, że książka dostała tylko wyróżnienie a nie nagrodę, ponieważ owe zdjęcia robił Niemiec i Żydzi na nich są uśmiechnięci.




grudzień 2009

Moje książki ulegają zastanawiającym przeobrażeniom. Wiele z tych przeobrażeń uwarunkowanych jest warunkami technicznymi – używam coraz lepszych maszyn, które potrafią więcej. Ja zresztą też potrafię więcej, taką przynajmniej mam nadzieję.
Oto książka, która teraz przybrała formę kalendarza. Poprzednio była klepsydrowym dwuksiągiem, a na samym początku monstrualnym, nieporęcznym leporello (bowiem 365 kartek sklejonych w harmonijkę to doprawdy coś monstrualnie nieporęcznego) – lecz to, co w niej najważniejsze pozostało niezmienione: struktura... podział na część dzienną i nocną... ilość kartek i układ poszczególnych stron... wszystkie zawarte w niej opowieści..... Oto inna książka: na początku była zbiorem luźnych, prostokątnych kartek, potem była trójkątem kwadratowym, teraz jest trapezem pięciokątnym – lecz to, co w niej najważniejsze pozostało niezmienione: struktura... owa tajemnicza, magiczna geometria... wszystkie zawarte w niej opowieści, chociaż poszczególne strony zostały trochę przeprojektowane, niemniej każda jest ciągle układanką z tych samych elementów..... Czy to są te same książki czy już inne? Może się przebierają? A może przepoczwarzają? Były larwą, potem poczwarką, a teraz są wreszcie motylem? ..... Ciągle ten nierozwiązany problem tożsamości nękający wszystkie istoty: codziennie staję się kimś innym, lecz pozostają sobą ...... Zaś niektóre moje książki nie ulegają przeobrażeniom, nic się w nich nie zmienia od momentu powstania. Czyżby urodziły się stare? Od razu dojrzałe? Od razu wyfrunęły z mojej głowy i moich rąk papierowe motyle?




listopad 2009

Oksford. Uniwersytet Brookes'a. Targi Książki Pięknie Drukowanej. Po raz czwarty. Ale po kilkuletniej przerwie. Niemniej jednak znowu na stoisku numer 55. Miło. Dużo znajomych - dużo starszych i bardziej siwych. Dużo osób znających i pamiętających moje książki. Jak zwykle dużo rozmów, mnóstwo rozmów. Trochę szkoda, że nie było tyle zakupów ile rozmów... no ale nie można mieć wszystkiego. Jak zwykle też dużo wątpliwości: czy to aby na pewno jest właściwe miejsce dla moich książek? przecież one są tylko ładnie drukowane..... Zapewne najlepiej czułyby się na Targach Książki Semantycznie Drukowanej. Jak dotąd jednak nikt nigdzie takich targów nie zorganizował.




wrzesień 2009

Długo nie pisałem. To może znaczyć, że albo nie było o czym, że w sekretnym i jawnym życiu książek nie zaszło nic godnego uwagi, albo że działo się tak wiele, iż brakło czasu na dokonywanie wpisów. Albo jedno i drugie. Albo ani to, ani tamto.
Pierwszego kwietnia 2009 roku Krystyna zarejestrowała LIBERATORIUM jako normalne wydawnictwo. Świetna data. Koincydencja wyjątkowo udana. Wszak to szaleństwo zakładać wydawnictwo. Być może tylko w szaleństwie metoda. Zresztą z naszego punktu widzenia nic szalonego w tym nie ma. Ot, po prostu pewne sprawy zostaną uporządkowane, a inne zagmatwane. Książki dostaną numery ISBN. Nowe, piękne maszyny zakupione za unijną dotację pozwolą drukować szybciej, lepiej i taniej, a przez to i książki wreszcie będą miały rozsądne ceny, kilkakrotnie niższe niż dotychczas, choć liczyć na to, że ludzie zaczną kupować coś, co im jest zupełnie niepotrzebne, to chyba naprawdę czyste szaleństwo. Cała pracownia i biblioteka powędrują na strych, a salon na dole stanie się wreszcie salonem, zaś sypialnia sypialnią. Zmieni się strona www – już się zmienia... Poza tym nic się nie zmieni. Książki nadal będą zwariowanymi labiryntami, będą takie jakie mi się roją i śnią, jakie sobie wyobrażam, a nie takie jakie chcieliby czytać ludzie – no chyba że oni chcą, by moje książki były takie jakie mi się roją i śnią, jakie sobie wyobrażam ..... No cóż, nic na to nie poradzę. Świat jest taki jaki jest, a nie taki jaki ludzie sobie wyobrażają i oczekują że będzie, jaki chcieliby żeby był. I tak jest z moimi książkami. Nie może być inaczej, bo przecież moje książki są niezmiennie kolejnymi tomami NIEOPISANIA ŚWIATA, a nieopisywania nie jest opisywaniem, lecz byciem takim jak to, co ma być opisane.....




- - - - - - - - - - - - -



październik 2008

Odszukałem moją pierwszą książkę. Chyba nie powinienem używać w stosunku do tego dzieła słowa „książka”, ale nie wiem jak je nazwać. Zapewne nie powinienem używać także słowa „dzieło”. „Tekst” też nie pasuje, ponieważ to jest coś więcej niż tekst (a miało być jeszcze więcej). Otóż jest to opowieść o upływie czasu, może także o podróżowaniu, więc dwadzieścia kilka stron maszynopisu zostało zszytych nie z boku, lecz u góry, jak ścienny kalendarz. Nie tylko dlatego, żeby odwołując się do kształtu kalendarza przypominać o upływającym czasie – także dlatego, że tekst inaczej płynie, kiedy nie musimy przenosić wzroku z dołu przeczytanej strony na górę strony nie przeczytanej, podczas gdy odwracanie kartki w bok brutalnie tekst przecina. Nie było w tym żadnej spekulacji. Ot, zwykła intuicja podpowiadająca, że skoro życie płynie i czas płynie, to i opowieść powinna płynąć ...... Dlatego również lewy margines został postrzępiony – żeby tekst był niczym woda w strumieniu – oba brzegi tego strumienia miały być porośnięte rysunkami, lecz mój brat niczego nie narysował, więc pozostały do dziś gołe. Stwierdził, że mimo najszczerszych chęci niczego nie narysuje, ponieważ może rysować tylko wtedy, kiedy to ręka go prowadzi, a nie on rękę – jakiekolwiek zamówienie, a moja prośba była przecież rodzajem zamówienia, niszczy ten subtelny układ. Bardzo dobrze to rozumiem, więc nie nalegałem ...... A działo się to wszystko późną jesienią 1976 roku.
TO zostało przedstawione mojej ciotce, która PISAŁA. Miała wówczas już za sobą debiut wydawniczy w postaci zbioru opowiadań. Ciotka TO przeczytała i stwierdziła, że nie wie jak TO ocenić, ponieważ nie wie co TO jest. Gdyby wiedziała co TO jest, wiedziałaby również jak TO ocenić. Na przykład, gdyby TO był esej, to należałoby zastosować kryteria oceny eseju i już. Niestety, nie mogłem pomóc ciotce, bo ja też nie wiedziałem co TO jest. Teraz też nie wiem i prawdę napisawszy niezbyt mnie to nie interesuje. Co TO jest każdy widzi. TO jest tym czym jest i tyle ...... Chyba nie zdobędę się na odwagę, żeby TO przeczytać. Choć może TO jest właśnie to, co posłuży mi za materiał do książki, którą chciałbym kiedyś zrobić: jakiś stary mój tekst umieszczony na środku dużej strony – zewsząd szerokie marginesy, a na nich komentarze – te komentarze byłyby po trosze jak owe nienarysowane przez brata zarośla pełne fantastycznych istot – ja-stary czytam COŚ co napisałem ja-młody ..... co napisał ja-młody – przecież ja-stary i ja-młody to nie to samo - - - - 




październik 2008

Krosno. Biblioteka Wojewódzka. Pokazuję, prezentuję, demonstruję, wyjaśniam, opowiadam. Książki i hiperteksty. Prawie dwie godziny. Raczej nie widzę oznak znużenia i znudzenia u kilkudziesięciu osób, głównie pracowników rozmaitych bibliotek (chyba). Fascynujące, tylko jak to katalogować? - mówi potem dyrektor. No ale czyż nie takie rzeczy właśnie czynią życie bibliotekarza fascynującym? - mówię potem ja.




wrzesień 2008

Płock. Płocka Galeria Sztuki. Prezentuję Nieznaki drogowe. Niczego innego nie mogę pokazać, bowiem wszystkie książki mam uwięzione w pokoju o półprzezroczystych ścianach. Nieznaki polskie wydrukowaliśmy na ploterze i mają teraz wielkość normalnych znaków drogowych. Wiszą w rzędzie. Udają drogę (chciałem, żeby udawały miasteczko, ale na to nie było miejsca na antresoli). A może nie udają. Na końcu tej udawanej-nie-udawanej drogi, pod ścianą, krzesło i stolik. Na krześle książka. Czyli coś jakby droga do książki. Albo od książki. Nie – do, ponieważ schody prowadzące na antresolę znajdują się na drugim końcu szeregu plansz niż stolik ...... Podchodzi do mnie rozentuzjazmowany mężczyzna. Mówi, że jest aktorem i że nieznaki to świetny materiał na monodram, znakomity, już ma pomysł na scenografię, na cały spektakl, widzi scenę, słyszy te teksty kłębiące się w głowie sfrustrowanego kierowcy ...... Nie powiedziałem: nie. Powiedziałem: zobaczymy. Pracując na tą książkę wcale nie myślałem o sfrustrowanym kierowcy. To znaczy sfrustrowany kierowca wcale nie miał być głównym tematem – mógłby się pałętać gdzieś na dalszym planie. To raczej miała być praca z zakresu niekończących się dywagacji o wyższości obrazu nad słowem i na odwrót.
Potem przypomniałem sobie, że w jednej z pierwszych moich książek umieściłem na początku notkę, w której zabraniałem dokonywania jakichkolwiek prób inscenizacji i argumentowałem to w ten sposób: „och, ludzie gotowi byliby wystawić na scenie nawet przepisy ruchu drogowego” ...... No i co teraz robić? Cierpliwie czekać. Czujnie obserwować jak semiologia przeradza się w dramat.




wrzesień 2008

Kielce. Wojewódzka Biblioteka Publiczna. Nowy budynek. Sala bardzo duża i zupełnie pusta. Buduję w środku pokój – taki, żeby można było w nim wygodnie siąść w fotelu, albo przy biurku, wziąć z półki książkę i poczytać. Ściany robię z półprzezroczystej, białej flizeliny. Pociąłem ją na kwadraty o boku 90 centymetrów i na każdym napisałem białą kredką jedną literę. Układają się w zdanie, które można odczytać chodząc wokół pokoju:
A DOOKOŁA KAŻDEJ KSIĄŻKI CICHO SZEMRZĄCA LŚNIĄCA PUSTKA
Czterdzieści sześć liter, siedem spacji i dwa puste miejsca na wejście. Więcej nie może być, bo więcej się nie zmieści. I dobrze. Nie potrzeba więcej. Cóż tu więcej pisać? ...... Miałem jeszcze napisać jedno zdanie. Bardzo długie. Na podłodze. Tuż przy ścianie. Biegłoby ono dookoła całej sali. Miało coś opowiadać o pustej ścianie. Czyli o tym najważniejszym momencie w całym długim i pokrętnym procesie powstawania książki, kiedy to co wypełnia mój umysł musi się z niego wydostać i pojawić w jakiejś postaci na kartce papieru. Albo na czymś innym ..... Ale go nie napisałem. Z różnych powodów. Może i lepiej. Bo to wcale nie najważniejszy moment. To tak samo ważny moment jak każdy inny. No, może najbardziej nieuchwytny. Jak zasypianie.

Po wernisażu podszedł do mnie jeden z pracowników biblioteki, który pomagał mi trochę przy montażu i powiedział: Podziwiam pana – robić takie rzeczy w takich czasach... (Miał na myśli książki, a nie samą wystawę.) Mógłby jeszcze dodać: i w takim kraju – ale nie dodał. Ja zaś mógłbym odpowiedzieć: Nie jest źle – mógłbym przecież trafić na gorsze czasy i gorszy kraj. Ale nic nie powiedziałem. Wyszliśmy. Zostawiliśmy w sali pustkę. Niech cicho szemrze i lśni.

>>>



styczeń 2008

Gdynia. Konferencja “Druga rewolucja książki”. Dlaczego rewolucja i dlaczego druga? Nie wiem. Nie ma co się jednak tym zbytnio przejmować. Tytuły i nazwy z reguły są dziwne. Moje wystąpienie też miało dziwny tytuł. Bardzo dziwny. UTEKSTOWIENIE ZNAKU. UZNAKOWIENIE TEKSTU. Zupełne dziwactwo. Chciałem opowiedzieć o relacjach między tekstem i znakiem. Chciałem też zaprezentować ostatnią moją książkę czyli Nieznaki drogowe. Oczywiście, opowiadałem nie o tym, o czym chciałem, choć miałem przygotowany plan. Widocznie pomyliłem znaki i skręciłem nie tam gdzie powinienem. Nie ma w tym nic dziwnego. Z reguły opowiadam nie o tym, o czym chcę opowiedzieć. Właściwie to nie powinienem w ogóle gęby otwierać. Powinienem na tym bardzo dużym ekranie wyświetlić po kolei wszystkie strony książki. A tak w ogóle, to lepiej byłoby gdybym poklikał trochę po Emeryku. Może hipertekst jawiłby się jako bardziej rewolucyjny niż znakotekst. No ale tego nie zrobiłem. Miałem się też naczytać w pociągu, ale tylko się nadrzemałem. Mógł też mnie wiatr zwiać do morze, ale tego nie zrobił. Nie było więc tak źle. Poza tym wymyśliłem co nieco do Liberlandii. A najważniejsze było olśnienie. Iluminacja. Oto bowiem przywiozłem ze sobą dziesięć prawie dwumetrowych listewek, żeby przyczepić do nich nieznaki formatu A2 i przekształcić fragment sali wykładowej w niby-drogę. A potem nie wiedziałem, co z nimi zrobić. Szedłem ulicą i czułem się niczym pierwotny myśliwy wyruszający z dzidą w ręce na jakiegoś zwierza. Ryczał wiatr, zacinał deszcz. Rozpacz i wściekłość. Wtem olśnienie: nie oszczep niosę, nie dzidę trzymam w ręce, lecz boki do pudełek na moje książki! Od pięciu lat wycinam krzywe boki – męczę się, rozpaczam i wściekam – a przecież mogłem kupować takie listewki – są przecież różnej szerokości – równiutkie i gładkie - - - - - - I potrzebowałem pięciu lat i pięciuset kilometrów, żeby wpaść na ten pomysł! Rewolucyjny pomysł! Prawdziwie rewolucyjny! Kolejna rewolucja moich książek!



grudzień 2007

Przez dwa miesiące kilkadziesiąt zrobionych przez mnie książek będzie leżeć w gablotach w głównym holu Biblioteki Narodowej w Warszawie: zamknięte, otwarte, złożone, rozłożone... Czy może być lepsze miejsce dla książek? Tak. Oczywiście. Ręce czytelnika.



wrzesień/październik 2007

W zasadzie stało się to, co miało się stać, bo przecież nic innego nie mogło się stać, a oczekiwać że stanie się co innego byłoby szaloną naiwnością. Kiedy wiosną 2005 Koniec świata według Emeryka został wydany na CD zastanawiałem się, na której półce w ksiągarni można będzie go znaleźć. W żadnej nie było półki z hipertekstami, albowiem nikt przedtem takowych w Polsce nie wydawał ani nie pisał. I oto moja ciekawość została zaspokojona. W księgarniach pojawiła się ostatnio półka z książkami do słuchania. Tam też, ku mojemu zdumieniu, choć zdumiewać się nie miałem prawa, znalazłem Emeryka. Oczywiście, nie we wszystkich księgarniach, lecz w nielicznych – w większości nie ma go wcale. W największej księgarni internetowej też jest w dziale audiobook'ów. Zatem, poszukiwacze hipertekstów mają znikome szanse, aby go znaleźć. Nie przejmujmy się jednak tym zbytnio – poszukiwaczy hipertekstów też jest znikoma ilość. Dlatego teraz będzie można znaleźć całego Emeryka w Liberatorium.




20 lipca 2007

Znajomi czytali na głos moje książki w kieleckiej galerii BWA. Nocą. Właściwie nie powinienem się zgodzić, bo wszystkie moje książki objęte są zakazem czytania na głos. Ze względów jak najbardziej oczywistych i nie wymagających tłumaczenia. Zgodziłem się jednak, bo pomyślałem, że to dobra okazja, żeby pokazać iż one są przede wszystkim do czytania, chociaż na pewno innego niż głośne. Wiele osób jest bowiem przekonanych, że można je jedynie oglądać, bo do czytania, jakiegokolwiek, nie nadają się one w ogóle.



maj 2007

Przerobiłem LIBRO2N. Leporella przekształciłem w kodeksy. Będziej poręczniej, wygodniej. Mój przyjaciel, który dostał egzemplarz leporellowy, poinformował mnie, że udało mu się książkę otworzyć i rozłożyć. Nic nie wspominał o tym, czy udało mu się ją złożyć i zamknąć. Zapewne mu się uda. Jest on wielkim miłośnikiem książek, więc na pewno ją przeczyta z wielką uwagą i z wielką pieczołowitością złoży i zamknie.



7 maja 2007

Spotkanie w Bibliotece Miejskiej w Krośnie. Po jednej stronie barykady ja – po drugiej kilka klas gimnazjalistów. Barykada z książek. Z liberatury i hipertekstu. Opowiadam im o czymś czego nie znają i nie mam do nich pretensji o to, że tego nie znają, bo jak gdzie i kiedy mieliby to poznać? Trudniejsze jest to, że opowiadam o czymś czego nie chcą poznać, bo uważają to za kompletnie niepotrzebne i bezużyteczne. Można tylko mieć nadzieję, że za ileś tam lat ktoś z nich nagle, ku własnemu przerażeniu, zechce znaleźć odpowiedź na podchwytliwe pytanie: czy można pisać okrągłymi literami o rzeczach kanciastych?



25 kwietnia 2007

Edinburgh World Heritage. 5 Charlotte Square. Dwugodzinna prezentacja Liberatorium. Reakcje bardzo dobre, wręcz entuzjastyczne. Tak entuzjastyczne, że chyba nikomu nie przyjdzie do głowy, że można by zrobić jeszcze coś. Na przykład wznowić nakład Ulicy Sienkiewicza (dzień wcześniej The Demarco European Art Foundation nabyła ostatni egzemplarz). Albo dokonać zupełnie niecudownego rozmnożenia jakiejś innej książki. A ja ciągle nie mam śmiałości o to zapytać. Niemniej jednak i tak jest to znacznie lepsza sytuacja niż na przykład całkowity brak entuzjazmu lub pochwały zdawkowe i wymuszone. Nie mówiąc o obojętności i zdegustowaniu.
Podobno książki żyją swoim własnym życiem. Jeśli tak, to same też powinny dbać o swoje interesy. Może się jednak zdarzyć, że nie lubią się rozpychać łokciami. I co wtedy?



kwiecień 2007

Bristol Artist's Book Event. W zasadzie nie powinienem tu być – moje książki nie są przecież książkami artysty, lecz książkami pisarza. Jednak jak dotąd nie słyszałem o żadnym wydarzeniu dotyczącym książek pisarzy, co wydaje się dosyć dziwne zważywszy fakt, że książek pisarzy jest całkiem sporo. Moja obecność nie jest jednak całkiem nieuzasadniona, wszak jestem także po trosze artystą, czasami przecież coś narysuję. Mógłbym za to z powodzeniem pojawić się na targach książek muzyków. Niestety, takie wydarzenia są jeszcze rzadsze niż targi książek pisarzy.... Miło jest spotkać znajomych, których nie widziało się kilka lat. Bardzo miło. Ciekawe, czy książki też mają takich znajomych. Miło jest też zobaczyć jakieś nowe miejsce – nigdy nie byłem w Bristolu. Ciekawe, czy książkom też jest miło. Ciekawe, czy one widzą to co ja, czy moje oczy są ich oczami – to wcale nie musi być tak jak mogłoby się wydawać.



styczeń 2007

Zabrałem książki z Galerii Białko i z księgarni Ha!Art. Już się tam dosyć nastały, należały, naczekały. Co się z nimi tam miało stać, to już się chyba stało. Kto je miał oglądnąć, to je już oglądnął. Kto miał którąś z nich kupić, to już kupił. Chyba. Zawsze będzie niepewność, że może właśnie następnego dnia przyszedł ktoś, kto chciał kupić je wszystkie. No ale gdyby ktoś tak zdeterminowany się pojawił, to zapewne starczyłoby mu determinacji, żeby się ze mną skontaktować. Nic takiego nie nastąpiło. Więc teraz książki będą trochę podróżować. I wylegiwać się w domu.



27 października 2006

Jestem w galerii sztuki współczesnej w moim rodzinnym mieście. To ma być zaczątek kolekcji, która będzie dokumentować dokonania różnych twórców tego regionu. Pośród wielu obrazów wiszących na ścianach widzę dwie moje książki. Są w ciasnych gablotkach i też wiszą na ścianach. Równie dobrze mogłyby wisieć w muzeum przyrodniczym pośród rozmaitych motyli i innych przedziwnych skrzydlatych stworów. Może nawet byłoby lepiej... Gablotki są schludne i wykonane bardzo starannie i książki wyglądają w nich ładnie. Mimo wszystko to chyba najgorszy los jaki może spotkać książkę.



14 października 2006

Opowiadam o moim Traktacie kartkograficznym na międzynarodowej konferencji poświęconej poszukiwaniu (non)sensu w literaturze. [IALS IV Conference / In Search of (Non)Sense / Instytut Filologii Angielskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie] Jak zwykle opowiadanie przekształca się w pokazywanie książek. Mogłoby się wydawać, że moja obecność wśród filologów, teoretyków i badaczy literatury jest nonsensowna – wszak stoimy po dwóch stronach barykady. Mogłoby, ale nie powinno – wszak tę barykadę tworzą książki, które ja (nie)piszę a oni (nie)czytają.



wrzesień 2006

Nieopisania świata ciąg dalszy...
Po kilku latach przerwy znowu w Muzeum Książki Artystycznej w Łodzi. Czysto, przejrzyście, bez zbędnych elementów. Wystawa-czytelnia. No i zdążyłem z najnowszą książką: LIBRO2N. Prawie zdążyłem - nie była gotowa płytka ze zdjęciami, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek z odwiedzających był aż tak dociekliwy. Zresztą dla odwrócenia uwagi umieściłem na ścianach szereg wydruków pokazujących jak powstał gamadelt norbliński.



14 września 2006

Pokazuję swoje książki w Książnicy Płockiej. Opowiadam przez prawie dwie godziny. Gęba mi się nie zamyka. Obiecuję sobie i obiecuję, że nie będę już opowiadał, bo mam dosyć tego ciągłego tłumaczenia dlaczego robię takie dziwne książki i dlaczego jest ich tak mało, a potem mówię jak nakręcony. Kilkoro ludzi kupuje Koniec świata według Emeryka. Mają zamiar wędrować po bezdrożach hipertekstu. Być może na zamiarach się skończy. Wyglądają na ludzi, którym trudno będzie porzucić szelest kartek dla klikania myszką. Wygląd może jednak być bardzo mylący. Mogą przecież być ryzykantami i szaleńcami w przebraniu porządnych obywateli.



lato 2006

Antykwariat naukowy Andrzeja Metzgera w Kielcach. Okno wystawowe. Rękopisy. Notatki. Zeszyty. Maszynopisy. Stare maszyny do pisania. Pierwsza drukarka igłowa. Pierwsza atramentówka... Próba pokazania procesu powstawania książki. Raczej drobnego fragmentu tego procesu. Przecież nie mogłem odkręcić sobie głowy.... Także próba pokazania relacji pomiędzy technologią a ostatecznym kształtem dzieła... Tak. Tylko próby. Zaledwie wskazanie problemu. Uchylenie rąbka tajemnicy. A jeszcze półki z książkami. A jeszcze teksty wyjaśniająco-gmatwające. A jeszcze rysunki gdzieś w tle, w głębi. Niewielkie jest okno wystawowe. Lecz zadziwiająco głębokie. Metaforycznie i realnie.



- - - - - - -