Spędziłem w Hali 1000 Ton dziesięć pierwszych dni czerwca, bo dziesięć dni miałem tam spędzić.
Pierwszego dnia byłem podejrzliwy i ostrożny.
Drugiego dnia byłem przerażony.
Trzeciego dnia chciałem stamtąd uciec.
Czwartego dnia odkryłem powody mojej niemocy i frustracji, miotania się od ściany do ściany: po raz pierwszy zdarzyło się, iż książka, którą pisałem była wielokrotnie ode mnie większa - zawsze to ja byłem wielokrotnie większy od książki – mogłem zmiąć kartkę papieru i wyrzucić ją do kosza - teraz to ja mogłem być zmięty i wyrzucony i o mało co tak się nie stało -
Piątego i szóstego dnia byłem w domu i drukowałem słowa niemożliwe na kartkach, które miały utworzyć smugę światła na ukos przez głowę . . . . . . . .
Siódmego dnia byłem spokojny, może lekko rozmarzony.
Ósmego dnia byłem chyba nawet zachwycony tym, że to co robię jest w nieomal idealny sposób niepotrzebne.
Dziewiątego dnia jak zwykle nie wydarzyło się nic szczególnego, poza tym, że do głowy przyszedł mi pomysł na wielopowieść diapozytową, też zupełnie niepotrzebnie.
Dziesiątego dnia byłem entuzjastycznie zrezygnowany. To co powstało zasługiwało jedynie na miano szkicu. Musiałbym siedzieć w Norblinie dziesięć lat, żeby powstało tam coś co zasługiwałoby na miano dzieła ukończonego w znacznym stopniu i dopracowanego w szczegółach. Oczywiście nie jest to możliwe teraz. Z różnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że wolę następne dziesięć lat mojego życia spędzić gdzie indziej. Bardzo możliwe natomiast jest to, że za dziesięć miesięcy powstanie kolejna książka wielokrotnie ode mnie mniejsza opisująca nie tylko te dziesięć dni, które nikim i niczym nie wstrząsnęły.

   

                 

   

   

                 

   

   

                     

   

   

   

                   

   

   

[zdjęcia: Klara Kopcińska, Józef Żuk Piwkowski]


<<<