Weźmy BLIN. Weźmy go, ale pamiętajmy, że moglibyśmy wziąć każde inne słowo, nie tylko takie krótkie, zwarte, zbite, kompaktowe, ale też tak długie jak choćby RESTRUKTURYZACJA albo SPRZENIEWIERZENIE albo jeszcze dłuższe, takie które zdaje się rozczłonkowane, rozwleczone, nieudolnie sklecone, rozpadające się na kawałki, walące w gruzy.
BLIN jest dobry. Stwarza wrażenie czegoś łatwego do połknięcia, czegoś niepodzielnego, nierozsypującego się. Jest nieomal czymś takim jak dawno temu był atom: czymś niepodzielnym z czego zbudowany był świat. Bo teraz wszystko zostało porozbijane i nic już nie jest tak jak dawniej. Jest jak gładka kulka. Toczy się. Lśni. Połyskuje. Bo na cóż można by go rozbić: na litery?  - B -  L -  I - N -   I cóż nam z tych liter? Nic. Bo one nic nie znaczą. One same powinny nic nie znaczyć. Powinny być neutralne. Powinny – czyli nie są. Do czegoś prowokują. Coś przypominają. Swoimi kształtami. Swoimi brzmieniami. A ich połączenia już coś znaczą. BIN LIN NIL NI IN ...... Lśniąca powierzchnia matowieje. Staje się chropawa. Pojawiają się podejrzenia: może jej gładkość jest tylko złudzeniem? może jej jednorodność jest tylko przyjętym założeniem nie mającym potwierdzenia w naturze?




Co się dzieje kiedy mówię głośno lub tylko szepczę BLIN? Co się dzieje gdzie: w mojej głowie? w głowie tego który mnie słucha, tego do którego mówię? Co się dzieje kiedy piszę blin? Co się dzieje kiedy wypowiadam to słowo bezgłośnie w mojej głowie, kiedy piszę je niewidzialnie tylko w mojej głowie (albo palcem w powietrzu)? . . . . . . . . . A co się dzieje, kiedy wyobrażę sobie to co określam zbitką tych czterech liter, czterech fonemów – kiedy na talerzu w mojej głowie pojawi się potrawa zwana blinem? Zapewne co innego niż w głowie kogoś, kto takiego blina jadł, bo jego wyobrażenie będzie w dużej mierze wspomnieniem, odtwarzaniem tego co doświadczył, a w moim wyobrażeniu moich wspomnień nie będzie, jako że ja nigdy w życiu blina nie jadłem, więc co najwyżej mógłbym się posłużyć do tworzenia tego obrazu wspomnieniami tych, którzy go jedli, ich opowiadaniami ..... Ach! Co to się będzie działo w tej głowie! Jakie skomplikowane procesy zostaną uruchomione: a dlaczego nie jadłem? a kto mi o tym opowiadał? a gdzie o blinie czytałem? a dlaczego go nie spróbowałem kiedy mogłem to zrobić – czy z powodów dietetycznych? estetycznych? politycznych? obyczajowych? a kto takiego blina wymyślił? czy przez przypadek czy też miał jakąś wizję? a dlaczego ja nie wymyśliłem blina? dlaczego ja nie wymyśliłem żadnej potrawy? i zaraz mi się przypomną wszystkie potrawy blinopodobne i te które mógłbym podejrzewać o to że są blinami że mogłyby być blinami gdyby tylko trochę się o to postarały ? ? ? ? ? ? ? Tak skomplikowane procesy przy takim prostym słowie! Aż strach pomyśleć co się dzieje przy słowach tak skomplikowanych jak KONSTANTYNOPOLITAŃCZYKOWIANECZKA albo jeszcze bardziej skomplikowanych takich jak DOM . . .
 



Coś wystaje z BLINA. Jakby koniuszek nitki. Pociągam go i BLIN zaczyna się rozwijać. Lśniąca metalowa kulka okazuje się kłębkiem niebywale ciasno zwiniętej nitki. Ciągnę i kłębek zaczyna się rozwijać. I okazuje się, że nie jest to jedna nitka, lecz wiele nitek tworzących siatkę i nie jest to bynajmniej siatka płaska, taka którą dałoby się rozciągnąć na stole, ale trójwymiarowa, podobna do szkieletu wyrafinowanej budowli. Ogromna ta budowla, trudno ją ogarnąć, trudno się po niej poruszać, nitki plączą się i supłają; w miejscach przecięć, w węzłach, dźwięki, obrazy, smaki, zapachy, czucia(?), dotyki(?) - a może są rozpięte pomiędzy nitkami – nitki zaś są opowieściami o początkach i końcach tak trudnych to wytropienia, że chyba nieistniejących – nitki czy włókna? - - - - - bo to przypomina gąbczastą strukturę, która do tej pory pozostawała ściśnięta tak mocno, że nikt nie podejrzewał jej istnienia, a teraz uległa rozprężeniu . . . . . .



Zatem to jest pojęcie. Taka ogromna, gąbczasta struktura. Takimi ogromnymi, gąbczastymi strukturami, monstrualnymi siatkami-szkieletami, operuje nasz umysł. To zastanawiające, że tak łatwo radzi sobie z nimi wewnątrz siebie: przerzuca je lekko niczym plażową piłkę, nie musi ich kompresować, nic mu nie przeszkadza ich rozwichrzenie, rozczochranie, rozczłonkowanie. A na zewnątrz nie. Może dlatego, że za ciasne mamy gardła, za małe usta, za wąskie uszy - nie przecisnęłyby się przez nie takie słowa-gmachy, słowa-encyklopedie, słowa-słowniki, słowa-tezaurusy i dlatego muszą zostać ściśnięte do rozmiarów ziaren grochu. A potem nie wszystkie ulegają dekompresji, nie wszystkie się rozprężają. Uderzają o ścianę i głucho dudnią. Zaś struktury powstałe w wyniku dekompresji rzadko kiedy są tożsame z tymi, które wcześnie zostały skompresowane, albowiem u każdego inne biblioteki w głowie, inne archiwa, inne śmietniki. Lepiej więc byłoby żeby, jeśli już dostaną się do czyjejś głowy, nie ulegały dekompresji – wtedy moglibyśmy trwać w złudzeniu wzajemnego rozumienia się. Ale proces kompresji i dekompresji jest niezależny od naszej woli . . . . . .




I skąd taka miłość do słów?
I skąd ta pogarda dla obrazów?
>O
co by to mogło znaczyć?
klin w BLIN