Czytam. Patrzę na tekst z pewnej odległości. To tak jakbym patrzył na mapę miasta. Trochę dziwne to miasto: wszystkie ulice biegnące ze wschodu na zachód lub odwrotnie (albo z lewa na prawo lub odwrotnie) są proste, podczas gdy wszystkie biegnące z południe na północ i odwrotnie (lub z góry na dół i odwrotnie) są kręte ..... nie, wcale nie dziwne to miasto, różne są miasta, różne są typy miast, to widocznie należy do typu miast tekstowych ...... Przysuwam twarz do kartki papieru. Dotykam jej nosem, czołem, brodą. Owijam kartkę papieru dookoła głowy. . . . . .




Jestem w mieście. Idę przez nie. Jedne ulice są proste, inne są kręte. Jak to w mieście. Każdy dom jest literą. Od przecznicy do przecznicy wyraz. Trudne czytanie: muszę składać wyrazy z liter, jak kiedyś w pierwszej klasie. Mozolna nauka czytania. Trochę innego czytania czy zupełnie innego czytania? A może to jest to samo czytanie. Takie samo..... Nie, chyba inne. Bo te litery trochę inne. Tyle się w nich dzieje. Każda jedna niczym książka. Co ja mówię – każda jedna niczym biblioteka! A gdybym zamachał rękami i uniósł się ponad asfalt? Jeszcze wyżej i jeszcze – ponad dachy. I jeszcze wyżej. Wtedy każda ogromna biblioteka byłaby niczym literka. Nawet bym nie podejrzewał, że taka mała literka może (mogłaby) być wielką biblioteką. (Och, nie każda, nie każda, bywają domy, w których nie ma książek – ale w każdym są jakieś historie, mnóstwo historii i historyjek, nieprzebrane mnóstwo – więc każda jest historioteką.) A miasto stałoby się stroną tekstu. . . . . . .




Kiedyś opisałem miasto, gdzie domy wyglądały jakby były zrobione z piernika. Nie opisywałem jednak tych domów – narysowałem je. Miałem więc na stronie rządki małych domków (nie były one wiernym odwzorowaniem tamtych kamieniczek – były niejako ich ikonkami), a pomiędzy nimi przeciskały się linijki tekstu. To było dawno temu. Niedawno zrobiłem książkę-ulicę. Wyglądało to tak, jakbym przyłożył do tamtej strony lupę. Teraz domy są znacznie większe i narysowane dokładnie, a kiedy książkę rozłożysz w całości, to otrzymasz makietę ulicy (umożliwia to specjalna konstrukcja książki – kartki sklejone są w harmonijkę, a każda ma zakładki u góry i u dołu, które po odgięciu można ustawić pionowo). Tekst biegnie chodnikami i jezdnią, litery tłoczą się niczym ludzie.... Czytasz i jednocześnie idziesz. Jeśli czytasz w takim tempie w jakim szedł bohater, to przeczytanie tej książki może zabrać ci tyle czasu, ile trwał jego spacer. Chyba że postanowisz wejść do któregoś domu....




O! To ciekawe. Bardzo ciekawe. Do jakiego domu wejść: tego narysowanego? tego napisanego? tego wybudowanego? . . . . . . . . Wejść do domu-domu czy do domu-pojęcia? (Nie, nie byłoby to takie doświadczenie jak wejście do grobowca faraona w tebańskiej Dolinie Królów.)




To bardzo interesujące: wejść do pojęcia (pojęcia-słowa? pojęcia-obrazu? pojęcia-dźwięku? pojęcia-zapachu?) Zobaczyć pojęcie od środka. Obcamać je. Opukać. Obwąchać. Osłuchać. Opisać . . . . . . . . pisać na ścianach, na podłogach, na sufitach . . . . . . sprzęty zamieniać w hieroglify, w znaki, w piktogramy wmontowując je w tekst . . . . . . pisać i pisząc szukać wyjścia z pojęcia . . . . . pisać jednym ciągiem . . . . . . wyjść dopiero wtedy kiedy napiszę wszystko (co by to miało znaczyć: wszystko? musiałbym wejść do pojęcia “wszystko”) . . . . . . . jedność dramatu pisarza i dramatu bohatera – jedność czasu, miejsca i akcji pisania i tego co opisywane – jedność piszącego i opisywanego – zatem nie byłoby ani piszącego, ani opisywanego – kto zatem by był? . . . . . . . nie byłoby też opisu, bo samo pisanie byłoby akcją, dramatem, przygodą . . . . . . a miejscem akcji byłby w zasadzie mój umysł: umysł piszącego-opisywanego . . . . . tak jak książka-ulica nie jest opisem tej ulicy, ale jest raczej zapisem tego, co dzieje się w umyśle kogoś kto tą ulicą idzie . . . . . . . . . wtedy ten dom, plan tego domu stałby się planem mojego umysłu – przestrzennym modelem . . . . . . mojego umysłu czy też tylko tego jednego pojęcia “dom”? . . . . . . plan tego domu czy też raczej to, co bym w nim i na nim napisał? . . . . . . . więc to nie byłaby księga-dom, lecz to byłby dom-księga . . . .
 



Intrygujące. Bowiem my zawsze widzimy pojęcia z zewnątrz. Oglądamy je tak, jak oglądamy kamyk trzymany w ręce. A może nam się tylko tak wydaje? Może właśnie jest dokładnie odwrotnie? Może ciągle tkwimy wewnątrz pojęć? Bo gdybyśmy ciągle byli tylko w domu, tylko chodzili z pokoju do pokoju, z piętra na piętro, ciągle tylko po korytarzach, to przecież nie wiedzielibyśmy jak dom wygląda, nasze pojmowanie domu, nasze opisywanie domu byłoby niepełne, chociaż może byśmy sobie z tego nie zdawali sprawy. Tak jak nie możemy poradzić sobie z życiem, czasem, przestrzenią i wieloma innymi rzeczami, bo ciągle jesteśmy w ich środku, jesteśmy w nich zanurzeni i nie możemy się z nich wydostać . . . . . . może właśnie dlatego nie możemy pojąć siebie, bo nie możemy zobaczyć się z zewnątrz – zaś innych nie możemy pojąć, bo nie możemy dostać się do nich do środka. To jakaś paskudna, przeklęta, paraliżująca niemożność: być jednocześnie w czymś i poza tym czymś, móc się temu przyglądać z zewnątrz i od wewnątrz. Jednocześnie. JEDNOCZEŚNIE..... Ale może z pojęcia wydostać by nam się udało?




Wszedłbym do tego “domu” (a może do tej “kamienicy” która z pewnością jest “cegielnicą”) i siedział tam, aż bym znalazł wyjście. Wtedy bym wyszedł. Poza pojęcie. Poza język. Poza ...




Jak długo by to trwało? Dotrwałbym czy sczezł za wcześnie jak wszyscy dotąd?



<<<