Mogłoby się wydawać, że o książce wiem wszystko: spenetrowałem ją najdokładniej, wdarłem się w każdy jej zakamarek, wydarłem wszystkie jej tajemnice, niczym mnie nie zaskoczy.... Tak mogłoby się wydawać. Po wymyśleniu, wyobrażeniu, napisaniu, zaprojektowaniu, narysowaniu, złożeniu prawie dwudziestu książek i po wydrukowaniu i oprawieniu czyli zrobieniu własnoręcznie ponad trzystu ich egzemplarzy rzeczywiście tak mogłoby się wydawać. Mógłbym powiedzieć, że znam anatomię i fizjologię książki na wskroś. Przecież nawet byłem w środku książki, wszedłem do niej. Nie tylko wtedy, kiedy zbudowałem książkę wielokrotnie większą od siebie, czyli kiedy powiększyłem mój Traktat kartkograficzny do takich rozmiarów, że można było wejść między jego karty, na których wypisałem odręcznie stosowne fragmenty o pustej stronie, wyrazie, zdaniu, akapicie, stronie, kartce, okładce, książce, bibliotece, zaś przyczepione do tych kart lub w nie wmontowane książki były ilustracjami, inicjałami, czy wręcz akapitem samym w sobie . . . . . także wtedy kiedy wchodziłem do grobowca w egipskiej Dolinie Królów będącego w istocie grobowcem-księgą, albo wędrując przez salę hypostylową w Karnaku, gdzie każda kolumna jest niczym gigantyczny skamieniały zwój papirusowy . . . Miałem więc też okazję zobaczyć świat z wnętrza książki, wystawić głowę spomiędzy kartek i spoglądnąć na niego . . . .

Tak by się mogło wydawać i tak mi się nawet czasami wydaje, ale przecież tak nie jest. Nie wiem o książce wszystkiego. Zatem, mógłbym się zatopić w papierowej pulpie tak jak zatapia się płatek kwiatu albo kawałek liścia, mógłbym zanurkować w tuszu i coś sobą napisać, mógłbym wpleść się między nitki płótna . . . . . . . . . może wtedy poznałbym naprawdę naturę papieru, farby, płótna. Lecz to są rzeczy stosunkowo łatwe, choć mogłyby sprawiać wrażenie szokujących dziwactw. To są sprawy oczywiste (nawet gdyby ta oczywistość była do pewnego stopnia pozorna), tak jak oczywista jest fizyczność przedmiotu jakim jest książka. Lecz książka nie jest zbiorem rzeczy. Książka jest przede wszystkim zbiorem pojęć, te zaś mogą się ujawniać materializując się na rozmaite sposoby. Oczywiście dla liberata. Bo dla literata (a także chyba dla ogromnej większości normalnych, statystycznych obywateli piszących i czytających, mówiących i słuchających) tylko na jeden – jako słowo: wypowiedziane, pomyślane, napisane.... Ale teraz ta różnica zdań nie jest ważna. Istotna jest zgodność co do tego, że książka jest zbiorem pojęć. Że to właśnie pojęcie jest podstawowym budulcem książki. Tak jak dźwięk jest podstawową cegiełką muzyki, tak pojęcie jest podstawową cegiełką książki. Nie będę więc wiedział wszystkiego o książce, jeśli nie dowiem się jaka jest natura pojęcia. Żeby poznać jego naturę muszę je oglądnąć ze wszystkich stron. A więc także od środka. Muszę dostać się do pojęcia.
Tak to bowiem jest: mówimy, czytamy, piszemy..... (rysujemy, malujemy, oglądamy ...... ) zestawiamy ze sobą pojęcia – i czasami zastanawiamy się nad tym jak je zestawiamy, zastanawiamy się nad zestawieniami, lecz prawie nigdy i prawie nikt nie zastanawia się nad tym co zestawia ...... Tak samo jak grając (czy słuchając) z reguły nie zastanawiamy się nad dźwiękami – to skądinąd interesujące i zastanawiające, że w nauczaniu muzyki (przynajmniej u nas, w tak zwanym naszym kręgu cywilizacyjnym) pytanie o to czym jest dźwięk i czym jest nie-dźwięk stawiane jest na samym końcu, na kursach mistrzowskich; a najczęściej nie stawiane jest nigdy. A przecież wydawałoby się, że powinno być postawione na samym początku....
Pytania o rzeczy podstawowe i elementarne są najbardziej kłopotliwe. Podobno nawet niektórzy bardzo poważni i powszechnie uważani za mądrych ludzie twierdzą, że zastanawianie się nad naturą kroków, nad tym czym jest krok, kiedy idziemy, jest objawem szaleństwa, albo przynajmniej symptomem popadania w szaleństwo. Może mają rację – bo wiedza o sprawach absolutnie podstawowych może być szalona. Lecz jeśli chcesz WIEDZIEĆ musisz pytać przede wszystkim o rzeczy i sprawy tak podstawowe i oczywiste, że pytanie o nie jest poczytywane za szaleństwo ...... Zapytaj kogoś, kogokolwiek, co tak naprawdę robi, kiedy pisze. Co to jest pisanie? Na czym pisanie polega? Nikt nie będzie wiedział. Tak NAPRAWDĘ nikt nie będzie wiedział. Bo chociaż wszystkich nas tutaj uczono (i nauczono) pisać, to nikt nas nie uczył tego co my w zasadzie wtedy robimy, co tak naprawdę zapisujemy..... bo przecież na pewno nie to co mówimy, a już na pewno nie to co myślimy......



Jestem w restauracji. W karcie czytam: bliny. Bliny? No, bliny. Po prostu bliny. Oczywiście, że słyszałem. Ale chyba nigdy nie jadłem. Czy ja kiedyś jadłem bliny? Nie, chyba nie. Na pewno nie. Więc nie wiem co to są bliny. Więc ja znam tylko słowo bliny. Ja znam tylko pojęcie bliny. Może nawet tylko część tego pojęcia. Bo czytam “bliny” i nic. Słyszę tylko wewnętrznym uchem kilka fonemów zlepionych ze sobą w jakiś dźwiękowy klaster, który nie wywołuje żadnego obrazu. Co najwyżej jakieś mgliste skojarzenia. Klusek? Coś w rodzaju dużego pieroga? Jakby pasztecik? Coś nadziewane czymś? A może taki duży kluch robiony na parze ...... Zaraz zamówię bliny. Przyniosą mi bliny, zobaczę je, spróbuję i już będę wiedział. Czy na pewno JUŻ będę wiedział? A gdybym tak poszedł do kuchni i zobaczył jak robi się bliny? Może wtedy wiedziałbym więcej. Może wróciłbym do domu i sam zrobił bliny i wtedy wiedziałbym jeszcze więcej. A gdybym zrobił ogromnego blina i wszedł do niego i oglądnął go od środka? Ale byłbym wtedy w blinie prawdziwym. W blinie rzeczywistym ...... A dlaczego blin a nie na przykład flin albo bombol? Stare pytania. Nudne pytania. Nudne nie tylko dlatego, że ciągle powtarzane, ale dlatego, że ciągle bez odpowiedzi. Bez zadowalającej odpowiedzi. ...... Taki wielki blin? To trudne. Chyba nawet niewykonalne. Bo i gdzie bym go ugotował? Czy bliny się gotuje czy też może dusi albo piecze albo smaży? A może kisi? Nie, blinów się nie kisi. Coś mi podpowiada, że nie. Co mi podpowiada? . . . . . . Blin. Blin. Blin. . . . . Dublin. Dęblin. Norblin. . . . . . Czy w Dublinie robią bliny? A w Dęblinie? Prędzej w Dęblinie niż w Dublinie, ale kto wie, kto wie..... A może w Norblinie robią bliny? W Norblinie już nic nie robią. W Norblinie mogliby robić ogromne żeliwne bliny, bo to przecież stary, od dawna już nieczynny zakład metalurgiczny przemieniony na muzeum. Na przykład w hali 1000 ton. Ach! Tysiąctonowe żeliwne bliny! Żelbliny! ...... Niepoprawne skojarzenia. Szalona etymologia. Niepokojące powinowactwa dźwiękowe....... Lecz to też wchodzi w skład pojęcia “blin”. . . . . . Co to więc jest to “pojęcie”? Coś gąbczastego, miękkiego, mazistego, ręce się zapadają w cieście, ręce się kleją, palce całe usmarowane, tracą czucie, niczego już nie mogą wyczuć . . . . . . oczy też zaklejone . . . . . . blind blin . . . . . uszy też zaklejone . . . . usta pełne, oddychać się nie da, wyjść wyjść czym prędzej wydostać się umyć wyczyścić ..... No i wyjdę, wymyję się, oczyszczę i co ja taki czysty będę wiedział o tłustym, miękkim, plastelinowatym blinie?




Dlaczego Norblin?

Przede wszystkim dlatego, że jest. Wiem gdzie jest i wiem jak do niego wejść. Nie wiem zaś gdzie szukać blina – nie wiem też jak miałbym do niego wejść. A poza tym, to w Norblinie (a nie w blinie, ani nie w Dublinie, ani w Dęblinie) odbywają się targi sztuki wARTo, które są niejako akuszerem tego pomysłu. Nie bez znaczenia jest także to, że w słowie “norblin” zawarte jest słowo “libro” czyli esperancka (czy też łacińsko-esperancka) “książka”, a nie ma jej w słowach “dublin”, “dęblin” czy “lublin”. Skoro książka jest immanentnie wpisana w Norblina, nie pozostaje nic innego jak ją napisać. Skoro jest ona w Norblinie, to należy napisać ją wewnątrz Norblina. Czyli na Norblinie. Dosłownie, a nie w przenośni czy metaforycznie. Na ścianach, słupach, podłodze. Oczywiście nie bezpośrednio na nich i nie farbą olejną, bo to przecież wnętrza zabytkowe ..... Myślałem o pisaniu na przykład na tekturze falistej (ale może to być też flizelina, papier czy jakieś płótno albo wszystko razem), którą można by rozwijać z rolki, podwieszać, przyczepiać do ścian, tworzyć z niej dodatkowe ścianki i przegrody, skręcać, przecinać, montować, kłaść na podłodze, ale też wychodzić z “tekstem” bezpośrednio na podłogę i maszyny (rysując-pisząc kolorowymi kredami).... wprowadzać do takiego “tekstu” elementy wyposażenia tych wnętrz – w wyciętej dziurze może pojawić się wajcha-hieroglif czy dźwignia-piktogram.... I tak dalej. Wtedy taka dosłowność stałaby się metaforą wejścia w pojęcie. Więc jeszcze dodatkowo znalazłbym się w metaforze . . . . . . . . A potem musiałbym z tego labiryntu wyjść.
Najpierw jednak wejść. I napisać wszystko jednym ciągiem. Wyjść dopiero wtedy, kiedy napiszę wszystko czyli kiedy wydostanę się z pojęcia, w które wpadłem . . . . . . Jedność dramatu pisarza i dramatu bohatera. jedność czasu, miejsce i akcji piszącego i opisywanego. Jedność piszącego i opisywanego. Zatem nie byłoby ani piszącego, ani opisywanego. Kto zatem by był? . . . . . . Nie byłoby też opisu, bo samo pisanie byłoby akcją, dramatem, przygodą – a miejscem akcji, tego dramatu-przygody-zdarzenia byłby w zasadzie mój umysł – umysł piszącego-opisywanego . . . . . . wtedy plan tej starej fabryki stałby się planem mojego umysłu . . . . . . przestrzennym modelem . . . . . makietą . . . . . . . .
No, no, no. Coraz bardziej to intrygujące.
No i musiałoby być wtedy ciepło. Musiałby być co najmniej maj.
Jakby to więc wyglądało? Wchodzę do Norblina na przykład 12 maja i wychodzę 22. Norblin zostaje zamieniony na Libro 2N. I co dalej? Potem Libro 2N musi zamienić się w Norblina. Trzeba posprzątać. Co zostanie? Prawie nic. To dobrze. Może jakaś dokumentacja: film, zdjęcia, szkice. Ślad w pamięci. 2N. Neither – nor. 2 x nic.
Nowakowski x Nowakowski
No... No...



<<<